Trochę wygląda to tak jakbym umarła w przestrzeni
internetowej. Jakby moja pasja zdechła razem z tym blogiem.
A wcale nie. Nic nie zdechło ani nie odeszło w zapomnienie.
Po pierwsze nie mogłam znieść tego mojego własnego plumkania kawałka Little
Blue za każdym razem kiedy wchodziłam na blog. Teraz powinna być cisza. Cisza
jest świetna, pełna możliwości, może w niej powstać absolutnie wszystko.
Kontrabas ma się wyjątkowo dobrze, nadal jest użytkowany,
może nie tak intensywnie jak bym chciała, bo wychodzi ze mnie niesamowite
lenistwo na jesień, ale nadal kilka razy w tygodniu sadzam mój tyłek na
stołeczku i gram. Jak już zacznę, to tylko alarm w telefonie mnie odrywa, że
oto upiekł się chleb i trzeba zakończyć, i iść.
Od dłuższego czasu chciałam nowy smyczek, tak jakoś
niepostrzeżenie udało mi się zaoszczędzić odpowiednią kwotę i stałam się bardzo
szczęśliwą posiadaczką nowego, fernambukowego, w stylu niemieckim smyczka z
pracowni Emanuela Wilfera. Sygnowany z trzema gwiazdkami, przyjechał
rozpakowałam i tak miło ułożył się w mojej dłoni jakby przynależał tam od zawsze.
Nie przybyło mi nagle talentu, ale dźwięk jest znacznie słodszy teraz i co
najważniejsze jest. Nie muszę przesadnie skupiać się na tym co też wyprawiam z
prawą ręką. Dźwięk po prostu jest. Lubię, trochę obchodzę się jak z jajkiem (bo
tyle pieniędzy, tyle pieniędzy!), ale ogólnie ogromna przyjemność.
Planowałam podejść do egzaminu na trzeci poziom pod koniec
listopada, ale na samą myśl o tym robiło mi się raz zimno a raz gorąco. I
zdecydowałam się na marzec, bardziej na luzie, nikt mnie nie goni przecież, nie
rzuciałam jeszcze pracy i nie przygotowuję się do przesłuchań orkiestrowych.
Dlatego nie chcę stresu teraz. Chcę mniej stresu i lepiej się przygotować na
wiosnę.
Także jestem, zdaję relację, ciągle płynę, żaden tam
trafiony zatopiony.

