Friday, 10 February 2017

ignorance is bliss

Pojechaliśmy wczoraj do Londynu zobaczyć Avishai Cohena i jego trio z orkiestrą. To bardzo smutne kiedy ktoś, kogo nazywałam Bogiem Kontrabasu, okazuje się być tylko człowiekiem. To nie był nawet koncert który mnie rozczarował. To był koncert, który mnie bardzo głęboko zasmucił.
Porzuciłam swoją wsiową wyspę na obrzeżach Nottingham i wyruszyliśmy. Umyłam nawet samochód na tę okazję z wiejskiego błota. Spakowałam przybory do makijażu, które leżały nietknięte od świąt, wyczyściłam buty, wpakowałam w walizkę sukienkę. Bo to miało być muzyczne święto.
Gdybym jedynie wybrała się na koncert orkiestry, spoko. Oczekiwania są inne. Orkiestra nie ma w sobie tego elementu zaskoczenia, orkiestra bardzo ściśle podlega pewnym regułom. W orkiestrze muzyka nie oddycha. Ale istnieją świetne melodie napisane na orkiestrę, przez fantastycznych kompozytorów. I na koncercie orkiestry też można dostać tych rozkosznych dreszczy zachwytu wzdłuż kręgosłupa, po które pojechałam do Londynu.
Trio Avishai widziałam już kiedyś. I zakochałam się w perkusiście, Danielu Dorze. A wczoraj nie bylo Daniela. Nie było tez Nitai na fortepianie.
Koncert był od początku źle poprowadzony. Dwa pierwsze numery były rozpisane na orkiestrę, li i jedynie. Uważam, że początek koncertu jazzowego powinien rozgrzać publiczność. Nakierunkować gdzie są i po co. No więc orkiestra zagrała. Później wyszedł Avishai z trio i czymś tam jeszcze donudził. Już mi było za mało tej dużej lampki wina com ją nabyła przed kwadransem.  Myślę sobie, do przerwy dam radę. Pół godziny później trio schodzi ze sceny. Oklaski, owacje na stojąco. Wychodzą na bis. Jak tam siedziałam tak drobne przestały mi się zgadzać. Koncert za który zapłaciłam całkiem sporo ciężko zarobionych funtów skończył się po nieco ponad godzinie. Kpina.
Jazzu nie da się pogodzić z orkiestrą. Chyba, że jest się geniuszem. Avishai nie jest. Jazzowe trio rządzi się zupełnie inną dynamiką. To organizm, w którym jedno reaguje na drugie. Orkiestra reaguje na dyrygenta, ale zupełnie nie ma w niej marginesu na wolność. Nie można mieć dwóch tak bardzo różnych tworów na jednej scenie, bo to nie wyjdzie. I w tym przypadku nie wyszło. Chociaż owacje na stojąco były. A ja kuliłam się w swoim fotelu, powtarzając cichutko pod nosem: ja pierdole, ja pierdole... Bolało mnie w środku, że czekałam pół roku na wielkie uniesienie, aż mnie z butów wyrwie z zachwytu. I nie wyrwało. Nie ruszyło mnie. Znacie ten moment na koncercie jazzowym kiedy muzycy zaczynają grać coś zupełnie od czapy a później nie wiadomo jak i skąd wracają do głównego tematu utworu? Ten moment kiedy widownia szaleje, ten moment w którym dzieje się magia. Tego nie było, dyrygent daje znać jeden takt przed, smyczki idą w górę, smutna tuba z końca sceny wraca do rąk właściciela. Nie mam dreszczy zachwytu. Jest mi smutno.
Stoimi w deszczu w Londynie. Jest mi tak wszystko jedno, że mozemy iść na piechotę do Soho, do Ronniego Scota. Ale jeszcze sprawdzam w internecie, wszystkie bilety wyprzedane. Nie będę miała żadnej uczty dla zmysłów tej nocy. Lądujemy w smutnym hotelowym barze, podstarzały gawędziarz erotoman zagaduje brzydką barmankę. Muszę się dopić. Kolesie z wyjazdu służbowego rechoczą w drugim końcu sali. Że też mężczyźni zgromadzeni w jednym miejscu zawsze przejawiają ten sam idiotyczny zestaw zachowań. Patrzę w grzybowe oczy Iana i mówię: wiesz, boję się. Boję się, że mnie już nic w życiu nie zachwyci. A ja potrzebuję uniesień. Nie może być jak to kiedyś ktoś powiedział, że z uniesień pozostało mi uniesieni brwi, a ze wzruszeń wzruszenie ramion. Ja muszę raz na jakiś czas wpaść w zachwyt. Bo inaczej to przecież tylko szarość i szarość. Ja bardzo lubię szare ubrania i szare samochody. Ale nie szare życie.

Może gdybym nie wiedziała zupełnie nic o muzyce odebrałabym ten koncert zupełnie inaczej. Ale przecież słyszę, że perkusista gra zupełnie inny rytm niż orkiestra. Mówią, że ignorancja jest błogosławieństwem. I mają rację, niestety. 

Tuesday, 31 January 2017

Wtorek Dniem Walki Wewnętrzej. I spóźniania się w różne miejsca

Wtorek to dzień walki wewnętrzej.
Zaczyna się już w poniedziałek, tuż przed północą, kiedy jeszcze nie śpię, a powinnam. Wtedy zaczyna się prawdziwe targowanie, przekupstwo i szukanie wymówek.
Ze wzgledu na rozkład wtorkowych zajęć, powinnam pojawić się w pracy o godzinę wcześniej. Powinnam pojawić się o ósmej. Jeszcze nigdy się nie pojawiłam. Ale to moja słodka tajemnica (taką mam nadzieję). Przed północą w poniedziałek nie potrafię nastawić budzika na 6:10. Żeby mieć cień szansy i dotrzeć na czas. Już od poniedziałku w nocy jestem na straconej pozycji. I tak bardzo się staram, żeby być bardziej po ósmej niż przed dziewiątą.
Późnej z kubkiem kawy czekam na kuriera, który przywiezie mi próbki. Wszystkie wyniki muszą być wysłane do klientów zanim wyjdę z biura.
Teoretycznie wychodzę o 16 praktycznie wychodzę, jak się uda, chwilę wcześniej. Kiedy już dojadę przez mgły i korki do domu, ponad godzinę później, wypiję kilka łyków herbaty i usiądę na kanapie, nic już mi się nie chce. I wtedy zaczyna się prawdziwa walka. Wiem, że jeśli w ciągu pięciu minut nie ruszę się z miejsca, będę znowu spóźniona. Wiem, też że jeśli posiedzę chwilę dłużej, to nic mi się nie będzie chciało. I w mojej głowie urodzi się ta brzydka myśl. Ten zły podszept lenistwa. Napisz do dyrygenta i powiedz, że stoisz w korku i nie dojedziesz. Wiem, że będę żałować jeśli nie pojadę. Zmarnowałam 27 lat na nie bycie muzykiem. Nie mogę zmarnować wtorkowego wieczoru. Jeszcze tylko rzucam monetą, żeby sobie ślepym losem potwierdzić i pędzę pod prysznic. I myję włosy, i ubieram się schludnie, żeby raz w tygodniu nie wyglądać jak wieśniak, któremu słoma z butów. Później tylko jeszcze kolejne 45 minut w korkach i jestem.
Jestem kontrabasistą. Dziś do repertuaru wszedł kolejny słodki utwór, chociaż nie mam w nim zbyt wiele do roboty. Prawie same półnuty. I jeden slur (ale za to jaki, przy fortissimo!). I całe morze uroczych crescendo. A wiadomo, że słodkie skrzypki nie zabuczą takim donośnym basem. Chociaż nie mam za dużo do roboty, to ta praca organiczna, u podstaw, którą wykonuję, dodaje całą masę głębi.

Fajnie jest robić to co się kocha. Nawet jeśli jest to we wtorki, po godzinach. Konia z rzędem temu, kto pokaże mi choć jedną osobę, która nigdy nie słyszała (choć może nie kojarzy z nazwy) uwtoru Morning- Peer Gynt Suite No. 1. Poważnie, jak ktoś nie zna to chyba zafunduję jakąś nagrodę.

Tuesday, 17 January 2017

Wziemiowstąpienie

Jeszcze nigdy nikogo mi tak nie brakowało, jak dzisiaj naszej wiolączelistki Sophie. Nie jestem kontrabasistą niezależnym, jak słyszę co robi Sophie, to wiem też co ja robię, jest mi jak dyszel Małej Niedźwiedzicy na północnym niebie.

Sophie jest świetnym muzykiem, a do tego jest prześliczna. Czuję, że muszę to napisać aby być zupełnie szczerą w tej notce. Sophie jest prześliczna, gdybym kiedyś przeszła na drugą stronę zakochiwałabym się w kobietach, które wyglądają jak ona. A tak to tylko stwierdzam fakt. Do tego jest świetnym muzykiem. A świetni muzycy po naszej stronie nas zawsze będą ciągnąć w górę.

A że nie było Sophie, to kuliłam się na tym moim stołeczku wysokim, ale nie mogłam nic ściemnić, bo same skrzypki tylko siedziały. Nie było tłumu w który mogłabym się wtopić. Byłam taka pokraczna, jak chodzenie po ulicy z kontrabasem na plecach, jak schodzenie ze schodów z kontrabasem, jak przechodzenie przez drzwi z kontrabasem, jak prowadzenie samochodu z kontrabasem zajmujacym 75% przestrzeni.

A nasz Rob tak jakoś niby mimochodem, ale ciągle, tym paluszkiem skrzypka w moją stronę pokazywał. A ja chciałam dokonać pierwszego w historii wziemiowstąpienia i pod ziemię się zapaść. Tylko ziemia, mnie, nieudolnego kontrabasisty przyjąć nie chciała.

A później, chwilę później, kiedym smyczkiem chciała podciąć sobie żyły, do repertuaru wszedł utwór z Dumy i uprzedzenia. A ja kocham Jane Austen i film z 2005 widziałam milion razy. I mi serce zadrżało. Jakieś to nieprzewidywalne jest życie nieudolnego kontrabasisty. Jak jemu, (kontrabasiście) rzucają perły przed wieprze... 

Friday, 21 October 2016

Krzyżyki i bemole

Vivaldii mnie wykończył psychicznie. A lubiłam przecież sobie strzelić w samochodzie Cztery Pory Roku z Nigelem Kennedym.

Jestem pierwszym kontrabasem w orkiestrze struniaczy na Uniwersytecie w Nottingham. Jestem pierwszym i jedynym kontrabasem w orkiestrze. Czujecie grozę? No. To jestem pierwszym kontrabasem w tej orkiestrze, a wiolączele jeszcze nie dojechały. Skrzypków to się pytają, kto chce być solistą, nigdy nikt nie chce, a ja jestem solistą, bo mnie nikt nie zapytał.

Na tydzień wypadłam z muzycznego obiegu, bo pojechałam na wakacje do Polski. I teraz trzęsę portkami, bo do repertuaru wszedł Vivaldii w prędkości światła i nie ogarniam. Od B do D na strunie G jest taki kawał drogi. Jak żyć. Postanowiłam zdublować sobotnie lekcje gry, wprowadzić przymusowe katorżnicze praktyki, pić wyciąg z kozłka aby moje rozchwiane emocje nie wzięły nade mną góry i zobaczymy.

Rodzice nie wyhodowali mnie na muzyka, a gram z ludzmi, którym nie poci się wszystko na widok tych pozornie przypadkowych krzyżyków i bemoli. A mi się poci! Bo mnie nie hodowano na muzyka. Mnie hodowano, na żonę i matkę dzieciom. Nic z tego nie wyszło, chcę krzyżyków i bemoli, chcę tego delikatnego pyłku kalafonii unoszącego się w powietrzu, chcę szelestu kartek z nutami.

Mój Boże, ależ bycie muzykiem jest romantyczne. Jak u Jane Austen. Tylko kontrabas, ta stara gruba baba, ten drzewny trup jest taki nieporęczny, jak idziemy ulicą to mnie przerata, siniaczy mi łydki, nie mieści się w drzwiach, ale idziemy. Jak jednoosobowy tabor cygański, z garbem na plecach większym ode mnie, ze smyczkami w lewej, z papierosem w prawej, z damską torebką pełną rosinów na pogodę i niepogodę, z nutami w szarej teczce.  I tylko mi zacząć zaczepiać młode panny na ulicy i wróżbę za banknot szeleszczący im proponować.

Przepraszam za ten słowotok. Ale Vivaldii mnie wykończył psychicznie. 

Sunday, 10 July 2016

O rzeczach które 'trzeba zagrać' i tych które grać się chce

Świat poukruszał mi się to tu to tam. Przysypało mi głowę popiołem.

Czasami po prostu nie wiem, w którą stronę iść, w jakim kierunku się obrócić, żeby chociaż przez chwilę na mojej drodze nie leżały spiętrzone problemy. Chcę dobrze, wychodzi jak zwykle.
Ale opowieści o wszystkim co złe zostawię sobie na inną okazję.

Nieco ponad tydzień temu zagrałam mój pierwszy koncert. Jest to określenie bardzo na wyrost, bo jednak kameralne to było bardzo, przy sześcioosobowej widowni, we własnym salonie, ale jednak, no ale jednak. Zagrałam dziewięć utworów w duecie w wiolączelą. Ja kontrabas zagrałem z wiolączelą. Na dziewięć utworów tylko jeden został przeze mnie dokumentnie skopany. Rytm ¾ to nie moja bajka. Walc to nie moja bajka. Ja jestem ciosana grubo, bez finezji. Jakkolwiek, po tym walcu nieszczęsnym, który można powiedzieć, po mnie przejechał, zagraliśmy naprawdę nieźle. Utwór Larryego Clarka, z moim pierwszym (dobrym, naprawdę dobrym!) staccato na sam koniec występu, wyszedł nam doskonale.

A we wrześniu idę do orkiestry. We wrześniu zostanę jedynym (czyli pierwszym!) kontrabasem w orkiestrze na uniwersytecie w Nottingham. Czekam bardzo.

W miarę jak rozwijają się moje umiejętości mogę grać rzeczy, które zwyczajnie mi się podobają. Już nie ścibolę kurek trzech i panie Janie. Wiem, że pewne rzeczy trzeba zagrać. Ale ciężko jest odkleić się od sofy po całym dniu pracy, bo ‘coś trzeba zagrać’, znacznie przyjemniej jest wbiegać po schodach do pokoju muzycznego, bo cały dzień czegoś nie słyszałam, a to takie świetne, nie mam płyty, nie ma na yt, muszę sobie zagrać. I gram, i jaram się tym graniem. I już mnie nie korci, żeby gdzieś tam Bachowi nuty zmieniać, bo ja mam bardziej współczesną wizję. Teraz mi się chce grać w punkt.


Wednesday, 20 April 2016

O tym co robię gdy nie piszę miesiącami.

Zawsze brzmi to dla mnie głupio kiedy ktoś mówi: muzyka mnie nakręca, żyję dzieki muzyce. I mówią to ludzie słuchający popu na 4. Gdzie jakby obciąć sample to, to będzie wszystko jedno i to samo.
Sama żyję dzięki muzyce (jakkolwiek głupio to brzmi). Uwielbiam odkrywać nieznane lądy, morza i wysepki, takie na które niemal nikt nie dociera. Serbski jazz. A mi się chce żyć i serce mi rośnie.
Ciągle coś nowego dokupuję do mojej kolekcji. Mój samochód jest zapchany w każdej szczelinie płytami, na siedzeniu i pod siedzeniem pasażera leżą płyty. Płyty CD, nie jakieś tam pliki, w pamięci na nośniku.
Moja fascynacja efektami nie maleje a raczej rośnie. Podpinam się i gram. Dziś byłam szczęśliwsza niż zazwyczaj. I moje free granie, było lepsze niż zazwyczaj, było tak dobre, że jeszcze stojąc w kuchni nadal podśpiewywałam linię basową. Zrobiłam coś co mnie samej okrutnie się podobało. Urosły mi skrzydła u ramion. Powiedziałam do mojego chłopaka: wiesz, gdyby to było do dostania na ebayu, to po tym jednym utworze kupiłabym sama swoją płytę. I tak mi jakoś przykro, że żadnej płyty nie ma. Jest 3 minuty 50 sekund nagrane w telefonie. Nie mogę sobie kupić i odsłuchać. Chociaż tak strasznie mi się podobało.
PS. Zwykle nie jestem zadowolona z siebie, ze swoich umiejętności. Zwykle jestem depresyjnych rewirach poniżej poziomu morza. Ale dziś jestem zadowolona. Więc niech będzie: 20 kwietnia około 21 byłam z siebie i swojego grania okropnie dumna. I miałam jednego jedynego słuchacza (samą siebie), który klaskał, wiwatował i prosił o autografy.
Styka.


Saturday, 16 January 2016

Not quite my tempo

Jestem w przysłowiowej ciemnej dupie. Nie wstydzę się do tego przyznać jest mi po prostu strasznie smutno.
Wydało się, mleko się rozlało i chce mi się nad nim zapłakać. Ja nie liczę. Dlaczego nie liczę od roku tego nie wiem. Pewnie miałam nadzieję, że ktoś za mnie policzy.
Zostało mi 6 dni, żeby zapisać się na egzamin ale Air i Chaconne Lullyego mnie właśnie pogrążyło. A żebyś się Lully w grobie teraz przewracał! Roger na lekcji zrobił mi scenkę z Whiplasha, kiedy Fletcher mówi, że to not quite his tempo.
Co poradzę, że mi liczenie w czytaniu przeszkadza, że mi wszystko staję dęba. I nie lubię. Bronię się. Łudzę się, że mi się uda bez, że samo wskoczy na swoje miejsce. Nie wskakuje.
Myślałam, że rytm to coś co płynie we krwi i miesza się z uderzeniami serca. A tu nie. A ja nie umiem i nie chcę liczyć, bo mi się to kłóci z moją naturą.  
Do dwudziestego siódmego roku życia byłam jedynie odbiorcą muzyki. Więc muzyka poruszała we mnie tylko pewne szczególne emocje i z emocjami była związana. Nawet jeśli coś mi nie do końca leżało muzycznie, to znajdywałam wyjątkowo mądry tekst i na tych prostych zasadach muzyka żyła we mnie.
A teraz jestem wykonawcą (pretendentem okej?!) i mam się podporządkować dzwiękom, rytmowi, dynamice. Co ja głupia jakaś byłam, myśląc, że z moją nonkonfomistyczną naturą będę robić to czego się ode mnie oczekuje...
Zachciało mi się kontrabasu, kiedy zobaczyłam Adriana Stouta, grającego z Tiger Lillies. Wzruszyło mnie to i rozbawiło. Miałam ochotę śmiać się i płakać. Zagrało mi to na najwyższych i najniższych strunach emocji, czyli na tym czego szukam w sztuce. I dlatego zachciało mi się kontrabasu. Dolnego E mi się zachciało.
Siedzę na stołku w nocy dwa dni temu i gram na strunie E przez godzinę. Bez sensu. Jak walenie głową w mur, jakbym miała nadzieję, że jak walnę odpowiednio mocno to przebiję się do magicznego świata, w którym muzyka wypływa z innych zakamarków. W którym nikt nie będzie mi dyktował ile potrwa dany dźwięk i czy mam grać piano kiedy coś mi się podoba, i mam ochotę to oznajmić całemu światu donośmym fortissimo.
Nie mam ochoty rzucać kontrabasu, ale mam ochotę rzucić egzaminy i wykształcenie muzyczne, granie pierdół z XVII wieku, które do mnie nie przemawiaja wcale, nie szepczą nawet, ust nie otwierają.