Thursday, 9 November 2017

kłopoty z duszą

Jestem ponura jak gradowa chmura. Ale nie dzisiaj. Jechałam do pracy, do której spóźniłam się trzy godziny, a twarz mi rozciągał uśmiech od ucha do ucha.
Już wszystko wyjaśniam. Zamieniajcie się w słuch.
Kontrabas mój nie domagał. Okazało się, że dusza z niego wyrosła. Że dusza w nim już nie tkwi tylko przesuwa się nieco na zachód, czy tam wschód. Dla niewtajemniczonych, dusza to kawałek drewnianego kołka, który tkwi między przodem i tyłem kontrabasu pod strunami D i G (mniej więcej). Zadzwoniłam do polecanego lutnika Clivea i umówiliśmy się na dzisiaj. Pojechałam, trochę z własną duszą na ramieniu. Pojechałam, zaparkowałam, wysiadłam i wstąpiłam w inny wymiar. Przysięgam, że w pracowni lutniczej czas się zatrzymał. Przez dwie godziny gadaliśmy tylko o kontrabasach. Co będziemy robić, duszę nową w kontrabas wkładać (nie uważacie, że to bardzo magiczne tchnąć w coś nową duszę?), most będziemy piłować i to już zupełnie fanaberie moje, ale zakochałam się w czarnym włosiu do smyczka i będę zmieniać, bo na miłość nie ma lekarstwa. Gadaliśmy i gadaliśmy, na stołach i półkach leżały skrzypce i wiolączele. Smyczki warte więcej niż moje wszystkie organy sprzedane na czarnym rynku, razem wzięte. Wielkie, okratowane, brudne okna. Piszę o tych oknach, bo wszystko tak było jak z obrazka, chociaż nikt tego designu nie zaprojektował. I stała tam harfa, gdyby nie wielki napis, nie dotykać to bym ją tak...
A później Clive zaczął wypełniać papiery, pismem tak starannym i tak dokładnie jakby czas przestał uciekać przez palce, jakby przestała się liczyć każda seksunda, którą trzeba wyrwać z paszczy codziennego umierania.
A jeszcze później powiedział i to językiem, który tylko człowiek zakochany potrafi zrozumieć
- To jest on, czy ona?
- On.
- A jak ma na imię?
- Howard.
A po kilku godzinach, kiedy stałam nad wielkim piekarnikiem w pracy, z którego wyciągałam wysuszone próbki, zadzwonił mój telefon. Howard może wracać do domu. Mam nadzieję, że go polubisz.

Wpadam do domu, w korytarzu gubię buty. Taki inny jesteś jakiś. Obniżone struny, ta G to już w ogóle kosmos. Moje mięśnie nie znają jeszcze twoich nowych sekretów. Ale brzmisz jak jeszcze nigdy nie brzmiałeś. Sączysz się przez uchylone okna, do domów sąsiadów. Gramy Dziadka do Orzechów Czajkowskiego. Wszystko w nas się śmieje. Gwiazdka przyszła wcześniej w tym roku. 

Wednesday, 11 October 2017

Nie będziesz miał kontrabasistów cudzych przede mną

Popijam herbatę z miodem i cytryną, bez rumu. Bo charytatywnie nie piję żadnego alkoholu w miesiącu październik. Gdyby ktoś chciał wpłacić kasę na szczytny cel walki z rakiem to podam namiar.
Piję herbatę bez rumu jako się rzekło, choć może ten rum by dziś rozgrzał i rozmył to co we mnie dziś pogrywa. Pogrywa we mnie czwarty z grzechów głównych.
Zazdrość.
Pojechałam dziś na próbę. Okoliczności przyrody zlały się w spójny obrazek. Tragedie na drodze. Objazdy. Jadę bezdrożami i gdybym tylko tak się nie bała jeździć samochodem w obcych miejscach to bym zobaczyła i opowiedziała wam, że było tam pięknie. A tak dłonie ściskają kierownicę. Dłonie nie-dłonie muzyka. Dłonie chemika. Dłonie grzebiące w ziemii. Nie szczupłe piękne dłonie. Normalne ręce. Z dziada pradziada, z chłopskiego pochodzenia.
Pędzę na próbę, woda chłapie mi pod butami. Moknę. Dzwonię drzwonkiem, drzwi otwiera mi roześmiany Rob. Zamieszanie w korytarzu, ubaw straszny. Ktoś mi zajumał stołek kontrabasowy. Inny Kontrabasista! Wchodzę, w oczach mi się dwoi. Dwie Kontrabasistki. Ale przecież byłam jedyna, byłam tylko ja. A teraz mam się dzielić? Mam sławę i splendor oddawać. Solówki może ma ktoś inny grać?! Mam już nie być pierwszym i jedynym kontrabasem. Już nie będę siedzieć na swoim stołku jak na tronie ponad wszystkimi, bo stołek mi właśnie zarąbano?!

Oczywiście, że jeszcze dorosnę do sytuacji, która mnie teraz przerosła. Jeszcze będę ponad to. Jeszcze wyciągnę z tego dla siebie trochę korzyści (bo jedna z dziewczyn jest naprawdę świetna). Ale dziś jestem zazdrośnikiem, jedynakiem, któremu nagle przyniesiono do domu nowe rodzeństwo. I cały świat się zmienił. Nie ma już monarchii absolutnej. Nie ma już niepodzielnego panowania. 

Friday, 10 February 2017

ignorance is bliss

Pojechaliśmy wczoraj do Londynu zobaczyć Avishai Cohena i jego trio z orkiestrą. To bardzo smutne kiedy ktoś, kogo nazywałam Bogiem Kontrabasu, okazuje się być tylko człowiekiem. To nie był nawet koncert który mnie rozczarował. To był koncert, który mnie bardzo głęboko zasmucił.
Porzuciłam swoją wsiową wyspę na obrzeżach Nottingham i wyruszyliśmy. Umyłam nawet samochód na tę okazję z wiejskiego błota. Spakowałam przybory do makijażu, które leżały nietknięte od świąt, wyczyściłam buty, wpakowałam w walizkę sukienkę. Bo to miało być muzyczne święto.
Gdybym jedynie wybrała się na koncert orkiestry, spoko. Oczekiwania są inne. Orkiestra nie ma w sobie tego elementu zaskoczenia, orkiestra bardzo ściśle podlega pewnym regułom. W orkiestrze muzyka nie oddycha. Ale istnieją świetne melodie napisane na orkiestrę, przez fantastycznych kompozytorów. I na koncercie orkiestry też można dostać tych rozkosznych dreszczy zachwytu wzdłuż kręgosłupa, po które pojechałam do Londynu.
Trio Avishai widziałam już kiedyś. I zakochałam się w perkusiście, Danielu Dorze. A wczoraj nie bylo Daniela. Nie było tez Nitai na fortepianie.
Koncert był od początku źle poprowadzony. Dwa pierwsze numery były rozpisane na orkiestrę, li i jedynie. Uważam, że początek koncertu jazzowego powinien rozgrzać publiczność. Nakierunkować gdzie są i po co. No więc orkiestra zagrała. Później wyszedł Avishai z trio i czymś tam jeszcze donudził. Już mi było za mało tej dużej lampki wina com ją nabyła przed kwadransem.  Myślę sobie, do przerwy dam radę. Pół godziny później trio schodzi ze sceny. Oklaski, owacje na stojąco. Wychodzą na bis. Jak tam siedziałam tak drobne przestały mi się zgadzać. Koncert za który zapłaciłam całkiem sporo ciężko zarobionych funtów skończył się po nieco ponad godzinie. Kpina.
Jazzu nie da się pogodzić z orkiestrą. Chyba, że jest się geniuszem. Avishai nie jest. Jazzowe trio rządzi się zupełnie inną dynamiką. To organizm, w którym jedno reaguje na drugie. Orkiestra reaguje na dyrygenta, ale zupełnie nie ma w niej marginesu na wolność. Nie można mieć dwóch tak bardzo różnych tworów na jednej scenie, bo to nie wyjdzie. I w tym przypadku nie wyszło. Chociaż owacje na stojąco były. A ja kuliłam się w swoim fotelu, powtarzając cichutko pod nosem: ja pierdole, ja pierdole... Bolało mnie w środku, że czekałam pół roku na wielkie uniesienie, aż mnie z butów wyrwie z zachwytu. I nie wyrwało. Nie ruszyło mnie. Znacie ten moment na koncercie jazzowym kiedy muzycy zaczynają grać coś zupełnie od czapy a później nie wiadomo jak i skąd wracają do głównego tematu utworu? Ten moment kiedy widownia szaleje, ten moment w którym dzieje się magia. Tego nie było, dyrygent daje znać jeden takt przed, smyczki idą w górę, smutna tuba z końca sceny wraca do rąk właściciela. Nie mam dreszczy zachwytu. Jest mi smutno.
Stoimi w deszczu w Londynie. Jest mi tak wszystko jedno, że mozemy iść na piechotę do Soho, do Ronniego Scota. Ale jeszcze sprawdzam w internecie, wszystkie bilety wyprzedane. Nie będę miała żadnej uczty dla zmysłów tej nocy. Lądujemy w smutnym hotelowym barze, podstarzały gawędziarz erotoman zagaduje brzydką barmankę. Muszę się dopić. Kolesie z wyjazdu służbowego rechoczą w drugim końcu sali. Że też mężczyźni zgromadzeni w jednym miejscu zawsze przejawiają ten sam idiotyczny zestaw zachowań. Patrzę w grzybowe oczy Iana i mówię: wiesz, boję się. Boję się, że mnie już nic w życiu nie zachwyci. A ja potrzebuję uniesień. Nie może być jak to kiedyś ktoś powiedział, że z uniesień pozostało mi uniesieni brwi, a ze wzruszeń wzruszenie ramion. Ja muszę raz na jakiś czas wpaść w zachwyt. Bo inaczej to przecież tylko szarość i szarość. Ja bardzo lubię szare ubrania i szare samochody. Ale nie szare życie.

Może gdybym nie wiedziała zupełnie nic o muzyce odebrałabym ten koncert zupełnie inaczej. Ale przecież słyszę, że perkusista gra zupełnie inny rytm niż orkiestra. Mówią, że ignorancja jest błogosławieństwem. I mają rację, niestety. 

Tuesday, 31 January 2017

Wtorek Dniem Walki Wewnętrzej. I spóźniania się w różne miejsca

Wtorek to dzień walki wewnętrzej.
Zaczyna się już w poniedziałek, tuż przed północą, kiedy jeszcze nie śpię, a powinnam. Wtedy zaczyna się prawdziwe targowanie, przekupstwo i szukanie wymówek.
Ze wzgledu na rozkład wtorkowych zajęć, powinnam pojawić się w pracy o godzinę wcześniej. Powinnam pojawić się o ósmej. Jeszcze nigdy się nie pojawiłam. Ale to moja słodka tajemnica (taką mam nadzieję). Przed północą w poniedziałek nie potrafię nastawić budzika na 6:10. Żeby mieć cień szansy i dotrzeć na czas. Już od poniedziałku w nocy jestem na straconej pozycji. I tak bardzo się staram, żeby być bardziej po ósmej niż przed dziewiątą.
Późnej z kubkiem kawy czekam na kuriera, który przywiezie mi próbki. Wszystkie wyniki muszą być wysłane do klientów zanim wyjdę z biura.
Teoretycznie wychodzę o 16 praktycznie wychodzę, jak się uda, chwilę wcześniej. Kiedy już dojadę przez mgły i korki do domu, ponad godzinę później, wypiję kilka łyków herbaty i usiądę na kanapie, nic już mi się nie chce. I wtedy zaczyna się prawdziwa walka. Wiem, że jeśli w ciągu pięciu minut nie ruszę się z miejsca, będę znowu spóźniona. Wiem, też że jeśli posiedzę chwilę dłużej, to nic mi się nie będzie chciało. I w mojej głowie urodzi się ta brzydka myśl. Ten zły podszept lenistwa. Napisz do dyrygenta i powiedz, że stoisz w korku i nie dojedziesz. Wiem, że będę żałować jeśli nie pojadę. Zmarnowałam 27 lat na nie bycie muzykiem. Nie mogę zmarnować wtorkowego wieczoru. Jeszcze tylko rzucam monetą, żeby sobie ślepym losem potwierdzić i pędzę pod prysznic. I myję włosy, i ubieram się schludnie, żeby raz w tygodniu nie wyglądać jak wieśniak, któremu słoma z butów. Później tylko jeszcze kolejne 45 minut w korkach i jestem.
Jestem kontrabasistą. Dziś do repertuaru wszedł kolejny słodki utwór, chociaż nie mam w nim zbyt wiele do roboty. Prawie same półnuty. I jeden slur (ale za to jaki, przy fortissimo!). I całe morze uroczych crescendo. A wiadomo, że słodkie skrzypki nie zabuczą takim donośnym basem. Chociaż nie mam za dużo do roboty, to ta praca organiczna, u podstaw, którą wykonuję, dodaje całą masę głębi.

Fajnie jest robić to co się kocha. Nawet jeśli jest to we wtorki, po godzinach. Konia z rzędem temu, kto pokaże mi choć jedną osobę, która nigdy nie słyszała (choć może nie kojarzy z nazwy) uwtoru Morning- Peer Gynt Suite No. 1. Poważnie, jak ktoś nie zna to chyba zafunduję jakąś nagrodę.

Tuesday, 17 January 2017

Wziemiowstąpienie

Jeszcze nigdy nikogo mi tak nie brakowało, jak dzisiaj naszej wiolączelistki Sophie. Nie jestem kontrabasistą niezależnym, jak słyszę co robi Sophie, to wiem też co ja robię, jest mi jak dyszel Małej Niedźwiedzicy na północnym niebie.

Sophie jest świetnym muzykiem, a do tego jest prześliczna. Czuję, że muszę to napisać aby być zupełnie szczerą w tej notce. Sophie jest prześliczna, gdybym kiedyś przeszła na drugą stronę zakochiwałabym się w kobietach, które wyglądają jak ona. A tak to tylko stwierdzam fakt. Do tego jest świetnym muzykiem. A świetni muzycy po naszej stronie nas zawsze będą ciągnąć w górę.

A że nie było Sophie, to kuliłam się na tym moim stołeczku wysokim, ale nie mogłam nic ściemnić, bo same skrzypki tylko siedziały. Nie było tłumu w który mogłabym się wtopić. Byłam taka pokraczna, jak chodzenie po ulicy z kontrabasem na plecach, jak schodzenie ze schodów z kontrabasem, jak przechodzenie przez drzwi z kontrabasem, jak prowadzenie samochodu z kontrabasem zajmujacym 75% przestrzeni.

A nasz Rob tak jakoś niby mimochodem, ale ciągle, tym paluszkiem skrzypka w moją stronę pokazywał. A ja chciałam dokonać pierwszego w historii wziemiowstąpienia i pod ziemię się zapaść. Tylko ziemia, mnie, nieudolnego kontrabasisty przyjąć nie chciała.

A później, chwilę później, kiedym smyczkiem chciała podciąć sobie żyły, do repertuaru wszedł utwór z Dumy i uprzedzenia. A ja kocham Jane Austen i film z 2005 widziałam milion razy. I mi serce zadrżało. Jakieś to nieprzewidywalne jest życie nieudolnego kontrabasisty. Jak jemu, (kontrabasiście) rzucają perły przed wieprze... 

Friday, 21 October 2016

Krzyżyki i bemole

Vivaldii mnie wykończył psychicznie. A lubiłam przecież sobie strzelić w samochodzie Cztery Pory Roku z Nigelem Kennedym.

Jestem pierwszym kontrabasem w orkiestrze struniaczy na Uniwersytecie w Nottingham. Jestem pierwszym i jedynym kontrabasem w orkiestrze. Czujecie grozę? No. To jestem pierwszym kontrabasem w tej orkiestrze, a wiolączele jeszcze nie dojechały. Skrzypków to się pytają, kto chce być solistą, nigdy nikt nie chce, a ja jestem solistą, bo mnie nikt nie zapytał.

Na tydzień wypadłam z muzycznego obiegu, bo pojechałam na wakacje do Polski. I teraz trzęsę portkami, bo do repertuaru wszedł Vivaldii w prędkości światła i nie ogarniam. Od B do D na strunie G jest taki kawał drogi. Jak żyć. Postanowiłam zdublować sobotnie lekcje gry, wprowadzić przymusowe katorżnicze praktyki, pić wyciąg z kozłka aby moje rozchwiane emocje nie wzięły nade mną góry i zobaczymy.

Rodzice nie wyhodowali mnie na muzyka, a gram z ludzmi, którym nie poci się wszystko na widok tych pozornie przypadkowych krzyżyków i bemoli. A mi się poci! Bo mnie nie hodowano na muzyka. Mnie hodowano, na żonę i matkę dzieciom. Nic z tego nie wyszło, chcę krzyżyków i bemoli, chcę tego delikatnego pyłku kalafonii unoszącego się w powietrzu, chcę szelestu kartek z nutami.

Mój Boże, ależ bycie muzykiem jest romantyczne. Jak u Jane Austen. Tylko kontrabas, ta stara gruba baba, ten drzewny trup jest taki nieporęczny, jak idziemy ulicą to mnie przerata, siniaczy mi łydki, nie mieści się w drzwiach, ale idziemy. Jak jednoosobowy tabor cygański, z garbem na plecach większym ode mnie, ze smyczkami w lewej, z papierosem w prawej, z damską torebką pełną rosinów na pogodę i niepogodę, z nutami w szarej teczce.  I tylko mi zacząć zaczepiać młode panny na ulicy i wróżbę za banknot szeleszczący im proponować.

Przepraszam za ten słowotok. Ale Vivaldii mnie wykończył psychicznie. 

Sunday, 10 July 2016

O rzeczach które 'trzeba zagrać' i tych które grać się chce

Świat poukruszał mi się to tu to tam. Przysypało mi głowę popiołem.

Czasami po prostu nie wiem, w którą stronę iść, w jakim kierunku się obrócić, żeby chociaż przez chwilę na mojej drodze nie leżały spiętrzone problemy. Chcę dobrze, wychodzi jak zwykle.
Ale opowieści o wszystkim co złe zostawię sobie na inną okazję.

Nieco ponad tydzień temu zagrałam mój pierwszy koncert. Jest to określenie bardzo na wyrost, bo jednak kameralne to było bardzo, przy sześcioosobowej widowni, we własnym salonie, ale jednak, no ale jednak. Zagrałam dziewięć utworów w duecie w wiolączelą. Ja kontrabas zagrałem z wiolączelą. Na dziewięć utworów tylko jeden został przeze mnie dokumentnie skopany. Rytm ¾ to nie moja bajka. Walc to nie moja bajka. Ja jestem ciosana grubo, bez finezji. Jakkolwiek, po tym walcu nieszczęsnym, który można powiedzieć, po mnie przejechał, zagraliśmy naprawdę nieźle. Utwór Larryego Clarka, z moim pierwszym (dobrym, naprawdę dobrym!) staccato na sam koniec występu, wyszedł nam doskonale.

A we wrześniu idę do orkiestry. We wrześniu zostanę jedynym (czyli pierwszym!) kontrabasem w orkiestrze na uniwersytecie w Nottingham. Czekam bardzo.

W miarę jak rozwijają się moje umiejętości mogę grać rzeczy, które zwyczajnie mi się podobają. Już nie ścibolę kurek trzech i panie Janie. Wiem, że pewne rzeczy trzeba zagrać. Ale ciężko jest odkleić się od sofy po całym dniu pracy, bo ‘coś trzeba zagrać’, znacznie przyjemniej jest wbiegać po schodach do pokoju muzycznego, bo cały dzień czegoś nie słyszałam, a to takie świetne, nie mam płyty, nie ma na yt, muszę sobie zagrać. I gram, i jaram się tym graniem. I już mnie nie korci, żeby gdzieś tam Bachowi nuty zmieniać, bo ja mam bardziej współczesną wizję. Teraz mi się chce grać w punkt.


Wednesday, 20 April 2016

O tym co robię gdy nie piszę miesiącami.

Zawsze brzmi to dla mnie głupio kiedy ktoś mówi: muzyka mnie nakręca, żyję dzieki muzyce. I mówią to ludzie słuchający popu na 4. Gdzie jakby obciąć sample to, to będzie wszystko jedno i to samo.
Sama żyję dzięki muzyce (jakkolwiek głupio to brzmi). Uwielbiam odkrywać nieznane lądy, morza i wysepki, takie na które niemal nikt nie dociera. Serbski jazz. A mi się chce żyć i serce mi rośnie.
Ciągle coś nowego dokupuję do mojej kolekcji. Mój samochód jest zapchany w każdej szczelinie płytami, na siedzeniu i pod siedzeniem pasażera leżą płyty. Płyty CD, nie jakieś tam pliki, w pamięci na nośniku.
Moja fascynacja efektami nie maleje a raczej rośnie. Podpinam się i gram. Dziś byłam szczęśliwsza niż zazwyczaj. I moje free granie, było lepsze niż zazwyczaj, było tak dobre, że jeszcze stojąc w kuchni nadal podśpiewywałam linię basową. Zrobiłam coś co mnie samej okrutnie się podobało. Urosły mi skrzydła u ramion. Powiedziałam do mojego chłopaka: wiesz, gdyby to było do dostania na ebayu, to po tym jednym utworze kupiłabym sama swoją płytę. I tak mi jakoś przykro, że żadnej płyty nie ma. Jest 3 minuty 50 sekund nagrane w telefonie. Nie mogę sobie kupić i odsłuchać. Chociaż tak strasznie mi się podobało.
PS. Zwykle nie jestem zadowolona z siebie, ze swoich umiejętności. Zwykle jestem depresyjnych rewirach poniżej poziomu morza. Ale dziś jestem zadowolona. Więc niech będzie: 20 kwietnia około 21 byłam z siebie i swojego grania okropnie dumna. I miałam jednego jedynego słuchacza (samą siebie), który klaskał, wiwatował i prosił o autografy.
Styka.


Saturday, 16 January 2016

Not quite my tempo

Jestem w przysłowiowej ciemnej dupie. Nie wstydzę się do tego przyznać jest mi po prostu strasznie smutno.
Wydało się, mleko się rozlało i chce mi się nad nim zapłakać. Ja nie liczę. Dlaczego nie liczę od roku tego nie wiem. Pewnie miałam nadzieję, że ktoś za mnie policzy.
Zostało mi 6 dni, żeby zapisać się na egzamin ale Air i Chaconne Lullyego mnie właśnie pogrążyło. A żebyś się Lully w grobie teraz przewracał! Roger na lekcji zrobił mi scenkę z Whiplasha, kiedy Fletcher mówi, że to not quite his tempo.
Co poradzę, że mi liczenie w czytaniu przeszkadza, że mi wszystko staję dęba. I nie lubię. Bronię się. Łudzę się, że mi się uda bez, że samo wskoczy na swoje miejsce. Nie wskakuje.
Myślałam, że rytm to coś co płynie we krwi i miesza się z uderzeniami serca. A tu nie. A ja nie umiem i nie chcę liczyć, bo mi się to kłóci z moją naturą.  
Do dwudziestego siódmego roku życia byłam jedynie odbiorcą muzyki. Więc muzyka poruszała we mnie tylko pewne szczególne emocje i z emocjami była związana. Nawet jeśli coś mi nie do końca leżało muzycznie, to znajdywałam wyjątkowo mądry tekst i na tych prostych zasadach muzyka żyła we mnie.
A teraz jestem wykonawcą (pretendentem okej?!) i mam się podporządkować dzwiękom, rytmowi, dynamice. Co ja głupia jakaś byłam, myśląc, że z moją nonkonfomistyczną naturą będę robić to czego się ode mnie oczekuje...
Zachciało mi się kontrabasu, kiedy zobaczyłam Adriana Stouta, grającego z Tiger Lillies. Wzruszyło mnie to i rozbawiło. Miałam ochotę śmiać się i płakać. Zagrało mi to na najwyższych i najniższych strunach emocji, czyli na tym czego szukam w sztuce. I dlatego zachciało mi się kontrabasu. Dolnego E mi się zachciało.
Siedzę na stołku w nocy dwa dni temu i gram na strunie E przez godzinę. Bez sensu. Jak walenie głową w mur, jakbym miała nadzieję, że jak walnę odpowiednio mocno to przebiję się do magicznego świata, w którym muzyka wypływa z innych zakamarków. W którym nikt nie będzie mi dyktował ile potrwa dany dźwięk i czy mam grać piano kiedy coś mi się podoba, i mam ochotę to oznajmić całemu światu donośmym fortissimo.
Nie mam ochoty rzucać kontrabasu, ale mam ochotę rzucić egzaminy i wykształcenie muzyczne, granie pierdół z XVII wieku, które do mnie nie przemawiaja wcale, nie szepczą nawet, ust nie otwierają.


Thursday, 31 December 2015

Jakim warzywem jest kontrabas?

Kontrabas jest jak seler. Skromny i uniżony. Raczej nie występuje solowo. Już raczej w rosole sobie pływa, śląc swoje ziemiste nuty z ostatnich rzędów. Gdzieś tam zamajaczy na końcu języka. Wielkiej wirtuozerii potrzeba, żeby taki seler zagrał solo, żeby wzbudził zachwyt jak soczysty pomidor, jak takie solo proszę jak ciebie, na fortepianie.
Żeby seler zagrał solo to trzeba jednak ugotować go w wywarze w charyzmy, doprawić odrobiną brawury, poeksperymentować, sparzyć się, skaleczyć palec i nabawić się odcisków od ciężkiej roboty. I jeszcze się spocić jak świnia do tego.
No dobrze, ale przyznajemy jednak prawo temu selerowi, żeby sobie czasem błyszczał na warzywnym firmamencie.
Tylko skoro taki kontrabas jest prostym selerem, to czym jest basowe ukelele, którym zostałam dziś dwa tygodnie przedwcześnie, urodzinowo obdarowana. Zerkam na te dziwaczne struny, które mi krzywdy nigdy żadnej nie zrobią i zastanawiam się kto o zdrowych zmysłach chciałby na tym grać, no i jak sprawić, żeby to błoszczało. Oglądam internet i nie znajduję na to pytanie odpowiedzi. Nomenklatura warzywna też mi się poniekąd wyczerpała.
Jakkolwiek, dość moich rozterek muzycznoegzystencjalnych. 

Życzę Wam w Nowym Roku, który niechybnie nadchodzi, aby Wam się wiodło, żeby Wam dopisywało szczęście i zdrowie. I niech Wam się pospełniają marzenia albo raczej, żeby Wam wystarczyło siły i odwagi do ich realizacji. 

Sunday, 25 October 2015

Ciągle jeszcze płynę!

Trochę wygląda to tak jakbym umarła w przestrzeni internetowej. Jakby moja pasja zdechła razem z tym blogiem.

A wcale nie. Nic nie zdechło ani nie odeszło w zapomnienie. Po pierwsze nie mogłam znieść tego mojego własnego plumkania kawałka Little Blue za każdym razem kiedy wchodziłam na blog. Teraz powinna być cisza. Cisza jest świetna, pełna możliwości, może w niej powstać absolutnie wszystko.
Kontrabas ma się wyjątkowo dobrze, nadal jest użytkowany, może nie tak intensywnie jak bym chciała, bo wychodzi ze mnie niesamowite lenistwo na jesień, ale nadal kilka razy w tygodniu sadzam mój tyłek na stołeczku i gram. Jak już zacznę, to tylko alarm w telefonie mnie odrywa, że oto upiekł się chleb i trzeba zakończyć, i iść.

Od dłuższego czasu chciałam nowy smyczek, tak jakoś niepostrzeżenie udało mi się zaoszczędzić odpowiednią kwotę i stałam się bardzo szczęśliwą posiadaczką nowego, fernambukowego, w stylu niemieckim smyczka z pracowni Emanuela Wilfera. Sygnowany z trzema gwiazdkami, przyjechał rozpakowałam i tak miło ułożył się w mojej dłoni jakby przynależał tam od zawsze. Nie przybyło mi nagle talentu, ale dźwięk jest znacznie słodszy teraz i co najważniejsze jest. Nie muszę przesadnie skupiać się na tym co też wyprawiam z prawą ręką. Dźwięk po prostu jest. Lubię, trochę obchodzę się jak z jajkiem (bo tyle pieniędzy, tyle pieniędzy!), ale ogólnie ogromna przyjemność.

Planowałam podejść do egzaminu na trzeci poziom pod koniec listopada, ale na samą myśl o tym robiło mi się raz zimno a raz gorąco. I zdecydowałam się na marzec, bardziej na luzie, nikt mnie nie goni przecież, nie rzuciałam jeszcze pracy i nie przygotowuję się do przesłuchań orkiestrowych. Dlatego nie chcę stresu teraz. Chcę mniej stresu i lepiej się przygotować na wiosnę.

Także jestem, zdaję relację, ciągle płynę, żaden tam trafiony zatopiony. 


Saturday, 8 August 2015

Roger dziś przyszedł, zjadł rogalika i popił kawy z kwiecistego kubka.

A ja jestem do bani. Nie mam siły ćwiczyć. Boli mnie głowa, jestem przemęczona, a jak już gram to gram impresje jesienne w A minor mojego własnego autorstwa, bo sobie wmawiam, że mi to wpłynie dodatnio na granie skal, że po tych zabiegach będę je miała nawet w rogowaciejącym naskórku i w wydychanym powietrzu.

Prawda jest taka, że jestem do dupy. A Roger mnie chwali, wyszukuje w tej dodupowatości ziaren geniuszu i talentu. A ja nie jestem dzieckiem z ciepłego chowu. Mnie trzega karcić i ganić a nie nagradzać za coś czego we mnie nie ma. Czemu tego nie ma, to są wymówki. To się nie liczy i koniec. Rzuć mi nutami, walnij w stół, no kurcze blade a nie tak, że w dźwiękach byłam, że w czas i do rytmu. Sama mam uszy i słyszę.
To jest problem współczesnego świata, każdy chce być kurwa artystą i żeby go chwalić pod niebiosa i opiewać. I dlatego ja kupiłam ostatnio przegównianą książkę za 22,50 bo komuś się wydawało, że pisać każdy może. Ale nie!

I już naprawdę trochę szacunku dla odbiorcy, bo ja jak podpinam się pod czaderskie efekty i gram rockowo (kto wynalazł gitarowe milion efektów, które mozna podpiąć pod kontrabas był geniuszem) i gram rockowo Taniec Łabędzi to zamykam drzwi do ogrodu i nie karmię swym wątpliwym artyzmem moich sąsiadów. Nie sączę im do sobotniej kawki dystorsji z głośników.
Dobra, trzeba mieć coś na kształt talentu, ale są szkoły, takie jak Suzuki, które tworzą talent. Efekt końcowy to są wysiedziane dupogodziny i odciski na palnach. To jest pink, pink, pink, pink z metronomu, które doprowadza do białej gorączki.
I tak jest ze wszystkim co ma mieć wartość. To ma być proces, suszenia, hartowania, obróbki skrawaniem i piaskowania. To ma trwać. To ma być praca i wysiłek. Jestem w stanie napisać wiersz, książkę, zaśpiewać piosenkę, upiec tort, złowić rybę, przejść trasę maratonu. Mogę to wszystko zrobić. Ale nie jestem w tym dobra, bo nigdy tym nie oddychałam i nie żyłam. Nie poświęciłam niczego, żeby zrobić którąś z tych rzeczy.
A dla kontrabasu ciągle mi się chce, chociaż wiem, że jestem do dupy, w martwym punkcie gdzie brakuje mi bodźców. I tak bym chciała, żeby ktoś mnie popchnął, żebym spięła wszystkie mięśnie, wszystkie szane komórki i przeszła tą bezproduktywną przestrzeń. Mnie nie trzeba chwalić, mnie trzeba motywować. Groźbą, nożem, przekleństwem.

Na koniec muzyka, bardzo niepoprawna. Dzieci niech nie słuchajo. 

Thursday, 30 July 2015

Rozdział 17.

Byliśmy kilka miesięcy temu na koncercie, jakiś przypadkowy to był wybór, już nawet nie pamiętam jej imienia. Kobieta grajaca na kontrabasie ze swoim bandem, w bardzo lubianym przeze mnie teatrze, w Darby. I było to takie sobie, poprawne granie standardów, jakaś pańcia na gitarze, niezły perkusista, jakiś starszy pan przy pianinie. I zupełnie niepozorna, jakby oderwana od smarzenia śliwkowych powideł, wyjęta ze swojej nudnej pracy w urzędzie, po pięćdziesiątce, nieatrakcyjna, ubrana jakoś na ciemno, w okularach, taka co ją zawsze przeoczysz i nie zapamiętasz, grająca na saksofonie, w kącik wciśnięta. Zaczęła grać i przysięgam to jej granie wbiło mnie w sofę, zostawiło z nieprzełkniętym winem w ustach. Ona, ta niepozorna i szara zaczarowała mnie zupełnie. Poruszyła mnie. A mnie trudno jest poruszyć, ot Pan Wołodyjowki mnie rusza jak siebie i Ketlinga wysadza w powietrze i muzyka. Taka przez duże M. I nie musi być idealnie, (teraz proszę się udać do filmiku z YT i włączyć od 12:40, słuchawki na uszy, nie jest idealnie ale pięknie), dlalej notka się toczy z podkładem, bo jestem interaktywna, multimedialna, jestem blogerem. Trele morele.

Jakkolwiek. Buszuję obecnie po świecie jazzu. W drodze do pracy i z pracy przebieram w muzykach. Myślę kto by mi się nadał na perkusję, kogo chcę na fortepian i wiem dokładnie kto będzie grac na tubie. Żyję tylko tym co mi gra z głośników albo tym co sama zagram sobie, w tych szczęśliwych momentach kiedy mam czas usiąść do kontrabasu. Dlatego pewnie czuję się pełna życia tak rzadko. Wszystko składa się z chwil wydzieranych i wyszarpywanych od kości. Pracuję po 10 godzin dziennie, zarabiam. I nie robię tego z poczucia obowiązku. Nowy smyczek, wysoka półka, mi sie wymarzył. I taki też będzie.

Kłóciłam się wczoraj trochę w Ianem w samochodzie, przed 22, w drodze do domu. Wydzieraliśmy sobie czas, którego nam brakuje. I usłyszałam, że za dwa, trzy lata nie będzie mnie w domu na codzień, nie będę wyjadać truskawek z krzaka przez lato. Nie będę robić prania ani risotto. Nie będę zgrzytać kluczem w zamku około 19. Bo będe muzykiem. Będę grać koncerty. I on jest o tym głęboko przekonany, że od kiedy zaczęłam, on z tą myślą się godzi. Ta myśl już między nami pokutuje. Troche nas ziębi od środka, a trochę grzeje.
Może i kłóciłam się wczoraj trochę z Ianem, ale wiem, że on głęboko we mnie wierzy, najprawdopodobniej wierzy tak, jak nie wierzy we mnie nikt inny. Nawet ja sama nie. Ale miło jest kiedy ktoś widzi twoją przyszłość jaśniej niż ty potrafisz ją widzieć.

Swoją drogą, mówiąc już o ludziach, których nie odnajdziesz w tłumie, ja jestem takim człowiekiem. I nie przeszkadza mi to jakoś szczególnie. Ten wywód zmierza jednak do pewnego podsumowania. Czasami, nie często, bardziej od święta, jak gram różne swoje bzdury i coś mi wychodzi, wychodzi powyżej przeciętnej i powyżej moich możliwości (nie krzywcie się, każdemu się czasami przytrafia coś ekstra od losu), to czuję się wyjątkowa i piękna. Nie skurczora i niewidzialna jak zawsze. Czuję, że jestem, że moje istnienie odciska się.
Dobrze mi się dzisiaj pisze, ale wiem, że będzi mi się grało jeszcze lepiej. Dlatego dobranoc i uszanowanie do rączek składam.


Sunday, 19 July 2015

Rozdział 16.

Nie wiem co kręci ani co podnieca innych ludzi. Ale dla mnie to muzyka. To jazz na żywo. Koncert Avishai Cohena, był Wydarzeniem. Zagrany z nowojorską dywizją, ale jak dla mnie mogłoby być to tylko Trio, złożone z Avishai na kontrabasie, Nitai Hershovitsa na fortepianie i Daniela Dora na perkusji. Pozostali trzej muzycy, którym nie można odmówić talentu, byli jednak tylko w momentach dla nich przewidzianych, z nutami przed nosem, nie brali udział w tym szaleństwie i zbiorowej ekscytacji, której ulegało Trio i cała widownia.

Kiedy nie wiedziałam nic o muzyce myślałam, że jazz to czysta magia, to porozumienie dusz między muzykami, bo jakże by inaczej, z tej zupełnej dźwiękowej rozpierduchy, po solo na fortepianie i po zupełnie od czapy solo na perkusji, oni nagle wracją do głównego tematu utworu. Przecież to musi być magia. A teraz widzę smaczki, prawdziwy talent i wielką muzyczną klasę. Tam się liczy hi-hat, tam jest dokladnie wystukany rytm 13/8. To wszystko wygląda jakby do nikąd nie zmierzalo, ale to wszystko siedzi na rytmie, jest wykalkulowane i wyliczone. To ogromna uwaga z jaką muzycy siebie słuchają i rozumieją kierunek w którym razem płyną, choć przysięgam huragan szaleje i masz ochotę obgryzać paznokcie, wejdą do portu czy nie. Czy się wszyscy w drobny mak roztrzaskamy na skałach. 
Avishai niezaprzeczalnie jest jednym z moich Bogów Kontrabasu, ale czerpie on pełnymi garściami z bycia otoczonym świetnymi młodymi muzykami. Szczególnie Daniel Dor skradł moje serce. Królestwo za tak genialnego pałkarza.


A ja zostałam oficjalnie w 1/8 kontrabasistą, w sobotę przyszedł dyplom i papiery. Apetyt przez to mi wzrósł, odebrałam z poczty nowe książki i wysiaduję granie nowych gam na stołeczku. W listopadzie podchodzę do drugiej części. Roger twierdzi, że do piątego poziomu nie powinnam napotkać, żadnych trudności. Później będę musiała zdać egzamin teoretyczny. I że zdam. Nie ukrywam, przybyło mi nieco pewności siebie. I dobrze, przyda mi się. 

Sunday, 12 July 2015

Rozdział 15. Notka tak długa, że można osiwieć w międzyczasie.

Moje nowe struny są szalenie fascynujące.
Rano wymagały nastrojenia, jak to nowe struny, ale w porównaniu do starych i całej zabawy jaka przy tym się odbywała, te są po prostu cudowne. Czysty dźwięk albo się trafiło we właściwą nutę albo nie, bez domysłów czy to już, prawie już i czy ujdzie.

Od rana też wygrywam sobie z wielkim zaangażowaniem w sprawę, Taniec Łabędzi z Jeziora Łabędzi Czajkowskiego i strasznie mi się to podoba, i nie ma tego na żadnym egzaminie, i to jest piękne. Gdyby Czajkowski dalej komponował i nagrywał to kupiłabym Jego nowy album, po prostu.
Pozostając przy temacie płyt, nagrań i albumów, nabyłam ostatnio The Art of Balkan Bass Nanada Vasilica, bardzo ale to bardzo ciekawa rzecz. A im dluzej wyszukuję nazwisko Vasilic na yt, tym bardziej się utwierdzam w przekonaniu, że jeszcze jakiś nowy, smaczny album zmieści mi się w samochodze. A jak trzeba będzie to sobie kupię większy samochód, no trudno. Spłonę w piekle, w tym nowym jarze piekielnym, dla ludzi którzy popełniali grzech nieumiarkowania w zakupie nowych płyt na ebayu. Albym Just Fly. Bardzo ładna nazwa, spodziewam się po tym wiele.

Tak samo jak wiele spodziewam się po nadciągającym koncercie Avishai Cohena w Londynie. Tylko ten Londyn, którego nie znoszę, bo mam świra (nie stwierdzono, ale nikt nie szukał) i nie cierpię ogromnych skupisk ludzkich. Bo ja jestem wieśniakiem. Lubię to co znam, lubię jeść rosół i czytać te same książki, bo wiem że będą dobre. Ale Avishai jest dla mnie jednym z Bogów kontrabasu (ja taka bardziej politeistyczna jestem z wyznania), więc skłonna jestem do poświęceń. Kiedy myślę o tym jakim kontrabasistą chciałabym być kiedy dorosnę, to właśnie takim. Ogromna charyzma.

Pisałam tu kiedyś o moim marzeniu, głupim i naiwnym. Nie całkiem serio, ale no kto mi zabroni; chciałabym mieć smyczek z włosia jednorożca. Wczoraj mój ukochany (zdecydowanie najukochańszy nawet) milczał uparcie wieczór cały, przeglądał coś w tym swoim laptopie zawzięcie, myślę sobie że pewnie coś knuje, bo mordkę ma taką  skupioną jakby polował na coś w tych cybernetycznych odmętach. Co robisz –mówię mu w inglisz- co robisz, ty tam zza stołu. A on mi na to, że nigdy nie uwierzę, ale on właśnie szuka dla mnie, dla mnie (!) smyczka z włosia jednorożca. Wariat myślę sobie, jak w mordę strzelił, smyczek z włosia jednorożca wcale nie istnieje, jednorożce wcale nie istnieją, ale mi pomarzyć wolno zawsze. A on, że nie ma, w całym internecie nie ma, ale on dla mnie zbuduje jeden, z nielegalnego brazylijskiego drewna. Uwielbiam takie rozbójnicze wyznania miłości. 

Monday, 6 July 2015

Rozdział 14.

Może być i tak, że nigdy nie zostanę kontrabasistą.

Kiedy studiowałam swoją chemię na bydgoskim UTP, miałam na roku taką Kingę. Kinga nie powiem, śmiertelnie mnie bawiła, rozbawieniem trochę podłym, a trochę współczującym. Kinga była na swój sposób genialna, całą wiedzę z książek i wykładów miała w małym palcu, na pisemnych egzaminach zawsze dostawała piątki z góry na dół. Ale jak już przychodziło do zajęć w laboratorium i Kinga musia coś skrysyalizować, przesączyć, czy zsyntezować, trzęsły jej się ręce, wszystko jej się mieszało, a raz nawet, przy naszej okrutnej uciesze, podpaliła laboratorium.

I ja byłam dziś jak Kinga, która podpaliła pewnego razu laboratorium. Nie mam w sobie żadnej pewności siebie, niczego co by sprawiło, że kiedyś wyjdę na malutką scenę i zagram, tak jak mi się czasami przytrafia kiedy jestem sama i cały dom śpi jeszcze w niedzielę rano.
Teraz wiem, że Kindze po prostu bardzo zależało. Mi też zależało, ale swoje utwory spieprzyłam dokumentnie. Miałam koszmarnie słabe momenty, a przecież to nie było trudne. To nie było nic ponad moje siły a przerosło mnie zupełnie. Najlepiej poszło mi i to jest zupełna tragikomedia (szaleńczy śmiech przez łzy) śpiewanie.

Moja Mama przez telefon powiedziała mi: wiesz muzykiem w tym wieku już raczej nie zostaniesz. A ja do diabła jakoś nie trafiłam wcześniej na ścieżkę zostania muzykiem. I nie stanę się już nigdy młodsza, żeby wrócić do wieku lat dziewięciu.
Jestem złamana. Ciągle mi się wydawało, ze to z całym światem trzeba walczyć, trąbić i rozpychać się łokciami a dziś zostałam pokonana przez samą siebie.


Jadą do mnie nowe, wypasione struny Evah Pirazzi, na które nie zasłużyłam sobie. I może kiedyś jak już się zupełnie zestarzeję i do końca zwariuję zagram koncert zupełnie kameralny, w śrosku lasu, w moim domku na kurzej stopie, na cztery strony świata. I echo gdzieś to poniesie, jak brzeczenie muchy. I każdy to przeoczy. Ale możliwe, że ja wtedy będę szczęśliwa. 

Rozdział 13?! Byle nie pechowo!

Dziś, jestem najprawdziwszym kłębkiem nerwów, trzęsą mi się ręce i to nie od nadwyżki białego wina wytrąbionego wczoraj na koncercie.
Wiem, że mogę zdać ten egzamin fenomenalnie, słyszałam jak gram z akompaniamentem, bo zostało to podstępnie nagrane na mojej próbie w czwartek. Jest to tak ładne, że nie brzmi jak ja.
Wyczyściłam wczoraj kontrabas, żeby nie był taki uświniony kalafonią, wyczyściłam też struny i teraz myślę, że to był błąd, bo ja lepiej gram na uświnionych strunach.
Nie umiem zmierzyć się z własnymi ambicjami, które mnie przerastają i dołują. Wiem, że jestem dobra w tym co robię na obecnym poziomie i jedym czynnikiem, który może mnie pozbawić najwyższej noty są moje nerwy.
Przecież nie mogę tak wyjść przestraszona,  z paniką w oczach, bo to nie wygląda pewnie, to nie wygląda profesjonalnie. A ja mam być profesjonalna, mam pyć pewna, dolne G ma sprawiać, że ściany będą drżeć, a nie smętnie pobrzękiwać.

A jak już będzie po, otworzę butelkę najprawdziwszego radzieckiego szampana zakupionego w Polsce na tę okazję właśnie. Jak nie zwariuję do szczętu i do końca zanim do tego dojdzie, co przy aktualnym stanie rzeczy, jest jak najbardziej możliwe.  

Sunday, 14 June 2015

Rozdział 12. O strzykaniu w nadgarstku, planach wakacyjnych i nowych strunach.

Śnią mi się koszmary o kontrabasie. A to, że gram koncert w jakimś wielkim mieście, wysiadam z pociągu/samolotu i nie mam pokrowca, targam kontrabas na własnych rękach. Albo: wchodzę na egamin, nie odzywam się słowem, egzaminator nie odzywa się słowem, gram swoje trzy utwory i wychodzę nie czekając na ciąg dalszy. A już za drzwiamy myślę sobie, że to przecież za mało żeby zdać.

W normalnym życiu w nadgarstku mi klinęło, przeskoczyło i nie chce wrócić na swoje miejsce. Ale to dlatego, że wyczyniam jakieś dziwne figury i nigdy nie przykładałam szczególnej do tego, że mój nadgarstek jest wyprostowany czy nie. Do tej pory bywał, ale głównie nie był. Człowiek, nagle musi się stać taki wielozadaniowy w obliczu instrumentu. Próbuję, kiedyś mi się uda.
Moje struny wymagają wymiany, straciły całą urodę swojego brzmienia i dźwięk jest tak smutno płaski. Nie chcę ich zmieniać przed egzaminem, bo jeszcze nie zdążę się przyzwyczaić. Niecny plan był taki, aby w nagrodę za najwyższą notę na egzaminie sprawić sobie hybrydowe Evah Pirazzi. Teraz plan jest taki, żeby niezależnie od wyniku sprawić sobie hybrydowe Evah Pirazzi, zaraz po czerwcowej wypłacie.


Za kilka dni jadę na wakacje i niestety nie mam jak zabrać Howarda ze sobą. Myślałam aby wziąć substytut w postaci gitary basowej, ale wydaje się być to bardziej bez sensu niż sensowne dlatego rezygnuję. Wezmę tylko nuty i płyty ze śpiewaniem i klaskaniem. Będę strzelać solowe koncerty na drodze Anglia-Karpacz. Tak mi się już chce odpocząć od pracy i dorosłego życia, że nie mogę się doczekać. Gdyby tylko człowiek nie musiał się sam pakować. 

Monday, 8 June 2015

Rozdział 11

Cieżko mi zasiąść do tego bloga.

 W ubiegłym tygodniu pożegnałam mojego Dziadka, który przez moje całe dzieciństwo przygrywał skoczne piosenki na harmonijce ustnej, ulegając prośbom swoich najmłodszych wnucząt, żeby zagrał jeszcze. Jego taboret w kuchni, będzie zawsze już stał pusty, ale przecież nie... Jego niesamowite poczucie humoru przecież nie zniknie tak zupełnie, przekazane zostało w genach Jego dzieciom, wnukom i prawnukom. Lubię myśleć, że człowiek nie znika tak zupełnie jak znikają jego skóra, organy i kości. Przecież jest. Zabiera nas rano na wycieczkę rowerową nad wodospad, który jest taki ogromny w tych naszych kilkuletnich oczach. A w drodzę powrotnej znajduję największego na świecie prawdziwka. Ja, najmłodsza wnuczka, proszę państwa. A przy Wigilii, a może po koniaczku, opowie znowu jak go zesłano na roboty w Austrii, a tam córka gospodarza przynosiła mu gruszki i orzechy w fartuszku. Człowiek to nie tylko kości. To cała historia która po nim pozostaje, wszystko czego nas nauczył, nawet jeśli nie cytował przy tym Aleksandra Wielkiego w oryginale. Był tak dobrym, mądrym i szalenie dowcipnym człowiekiem.


Wierzę, że teraz wygrzewa się w słońcu po swojej długiej, dobrej a czasami trudnej podróży. Już go nic nie łamie w kościach, nie oddycha mu się z trudem. Już tak sobie zostanie pod starą jabłonią, oblepioną małymi papierówkami. W dali będzie, jak co lato stukał dzięcioł i będą brzęczały pszczoły buszujące w kwiatach truskawek. Tak właśnie, i nie inaczej. 

Sunday, 31 May 2015

Rozdział 10. Dla odmiany: progres.

Po okresie, irytującym, rozbijania się o mur, zaczęłam czytać nuty. Usiadłam dzisiaj rano do utworów, których nigdy wcześniej na oczy nie widziałam, z listy na egzamin na drugim poziomie i zaczęłam grać. Samo przyszło, bez siedzenia nad nimi i główkowania gdyząc ołowek, czy to będzie palec środkowy czy mały.  Pozycja pierwsza czy w pozycji 1/2. Samo przyszło, jak przestałam się bardzo z tego powodu denerwować.

Później przegrałam swoje utwory na egzamin, tym razem z akompaniamentem. Mój domowy pianista jest koszmarny i ciągnie mnie w dół, bez wątpienia. Całe szczęście, że w dniu egzaminu mogę poprosić o profesjonalistę. A teraz, mniej więcej, osłuchuję się z tłem, co mi dobrze robi na pewność siebie. Nie czekają na mnie żadne pułapki w podkładzie, to nie będzie żaden duet. To ja będę grać pierwsze skrzypce, chociaż to kontrabas.

Jedynym źródłem mojej niepewności jest część, w której muszę zaśpiewać echo zagranych przez mojego egzaminatora dźwieków. Dlatego od jutra z odtwarzacza w samochodzie wyciągam wszystkie jazzowe, niesamowite płyty i zaczynam słuchać i śpiewać. Co, tylko w nadchodzącym tygodniu, oznacza co najmniej 13 godzin praktyki.


Wzbogaciłam ostatnio bibliotekę nutową o wydawnictwo niemieckie: Kontra-Spass Regnera. Bardzo ładne wydanie, z szalenie uroczymi utworami w środku. Gdyby ktoś miał okazję, szczerze polecam.