Kontrabas jest jak seler. Skromny i uniżony. Raczej nie
występuje solowo. Już raczej w rosole sobie pływa, śląc swoje ziemiste nuty z
ostatnich rzędów. Gdzieś tam zamajaczy na końcu języka. Wielkiej wirtuozerii
potrzeba, żeby taki seler zagrał solo, żeby wzbudził zachwyt jak soczysty pomidor,
jak takie solo proszę jak ciebie, na fortepianie.
Żeby seler zagrał solo to trzeba jednak ugotować go w
wywarze w charyzmy, doprawić odrobiną brawury, poeksperymentować, sparzyć się,
skaleczyć palec i nabawić się odcisków od ciężkiej roboty. I jeszcze się spocić
jak świnia do tego.
No dobrze, ale przyznajemy jednak prawo temu selerowi, żeby
sobie czasem błyszczał na warzywnym firmamencie.
Tylko skoro taki kontrabas jest prostym selerem, to czym
jest basowe ukelele, którym zostałam dziś dwa tygodnie przedwcześnie, urodzinowo
obdarowana. Zerkam na te dziwaczne struny, które mi krzywdy nigdy żadnej nie
zrobią i zastanawiam się kto o zdrowych zmysłach chciałby na tym grać, no i jak
sprawić, żeby to błoszczało. Oglądam internet i nie znajduję na to pytanie
odpowiedzi. Nomenklatura warzywna też mi się poniekąd wyczerpała.
Jakkolwiek, dość moich rozterek
muzycznoegzystencjalnych.
Życzę Wam w Nowym Roku, który niechybnie nadchodzi, aby Wam
się wiodło, żeby Wam dopisywało szczęście i zdrowie. I niech Wam się
pospełniają marzenia albo raczej, żeby Wam wystarczyło siły i odwagi do ich
realizacji.
Trochę wygląda to tak jakbym umarła w przestrzeni
internetowej. Jakby moja pasja zdechła razem z tym blogiem.
A wcale nie. Nic nie zdechło ani nie odeszło w zapomnienie.
Po pierwsze nie mogłam znieść tego mojego własnego plumkania kawałka Little
Blue za każdym razem kiedy wchodziłam na blog. Teraz powinna być cisza. Cisza
jest świetna, pełna możliwości, może w niej powstać absolutnie wszystko.
Kontrabas ma się wyjątkowo dobrze, nadal jest użytkowany,
może nie tak intensywnie jak bym chciała, bo wychodzi ze mnie niesamowite
lenistwo na jesień, ale nadal kilka razy w tygodniu sadzam mój tyłek na
stołeczku i gram. Jak już zacznę, to tylko alarm w telefonie mnie odrywa, że
oto upiekł się chleb i trzeba zakończyć, i iść.
Od dłuższego czasu chciałam nowy smyczek, tak jakoś
niepostrzeżenie udało mi się zaoszczędzić odpowiednią kwotę i stałam się bardzo
szczęśliwą posiadaczką nowego, fernambukowego, w stylu niemieckim smyczka z
pracowni Emanuela Wilfera. Sygnowany z trzema gwiazdkami, przyjechał
rozpakowałam i tak miło ułożył się w mojej dłoni jakby przynależał tam od zawsze.
Nie przybyło mi nagle talentu, ale dźwięk jest znacznie słodszy teraz i co
najważniejsze jest. Nie muszę przesadnie skupiać się na tym co też wyprawiam z
prawą ręką. Dźwięk po prostu jest. Lubię, trochę obchodzę się jak z jajkiem (bo
tyle pieniędzy, tyle pieniędzy!), ale ogólnie ogromna przyjemność.
Planowałam podejść do egzaminu na trzeci poziom pod koniec
listopada, ale na samą myśl o tym robiło mi się raz zimno a raz gorąco. I
zdecydowałam się na marzec, bardziej na luzie, nikt mnie nie goni przecież, nie
rzuciałam jeszcze pracy i nie przygotowuję się do przesłuchań orkiestrowych.
Dlatego nie chcę stresu teraz. Chcę mniej stresu i lepiej się przygotować na
wiosnę.
Także jestem, zdaję relację, ciągle płynę, żaden tam
trafiony zatopiony.
Saturday, 8 August 2015
Roger dziś przyszedł, zjadł
rogalika i popił kawy z kwiecistego kubka.
A ja jestem do bani. Nie mam siły
ćwiczyć. Boli mnie głowa, jestem przemęczona, a jak już gram to gram impresje
jesienne w A minor mojego własnego autorstwa, bo sobie wmawiam, że mi to wpłynie
dodatnio na granie skal, że po tych zabiegach będę je miała nawet w
rogowaciejącym naskórku i w wydychanym powietrzu.
Prawda jest taka, że jestem do
dupy. A Roger mnie chwali, wyszukuje w tej dodupowatości ziaren geniuszu i
talentu. A ja nie jestem dzieckiem z ciepłego chowu. Mnie trzega karcić i ganić
a nie nagradzać za coś czego we mnie nie ma. Czemu tego nie ma, to są wymówki.
To się nie liczy i koniec. Rzuć mi nutami, walnij w stół, no kurcze blade a nie
tak, że w dźwiękach byłam, że w czas i do rytmu. Sama mam uszy i słyszę.
To jest problem współczesnego
świata, każdy chce być kurwa artystą i żeby go chwalić pod niebiosa i opiewać.
I dlatego ja kupiłam ostatnio przegównianą książkę za 22,50 bo komuś się
wydawało, że pisać każdy może. Ale nie!
I już naprawdę trochę szacunku
dla odbiorcy, bo ja jak podpinam się pod czaderskie efekty i gram rockowo (kto
wynalazł gitarowe milion efektów, które mozna podpiąć pod kontrabas był
geniuszem) i gram rockowo Taniec Łabędzi to zamykam drzwi do ogrodu i nie
karmię swym wątpliwym artyzmem moich sąsiadów. Nie sączę im do sobotniej kawki
dystorsji z głośników.
Dobra, trzeba mieć coś na kształt
talentu, ale są szkoły, takie jak Suzuki, które tworzą talent. Efekt końcowy to
są wysiedziane dupogodziny i odciski na palnach. To jest pink, pink, pink, pink
z metronomu, które doprowadza do białej gorączki.
I tak jest ze wszystkim co ma
mieć wartość. To ma być proces, suszenia, hartowania, obróbki skrawaniem i
piaskowania. To ma trwać. To ma być praca i wysiłek. Jestem w stanie napisać
wiersz, książkę, zaśpiewać piosenkę, upiec tort, złowić rybę, przejść trasę
maratonu. Mogę to wszystko zrobić. Ale nie jestem w tym dobra, bo nigdy tym nie
oddychałam i nie żyłam. Nie poświęciłam niczego, żeby zrobić którąś z tych
rzeczy.
A dla kontrabasu ciągle mi się
chce, chociaż wiem, że jestem do dupy, w martwym punkcie gdzie brakuje mi
bodźców. I tak bym chciała, żeby ktoś mnie popchnął, żebym spięła wszystkie
mięśnie, wszystkie szane komórki i przeszła tą bezproduktywną przestrzeń. Mnie
nie trzeba chwalić, mnie trzeba motywować. Groźbą, nożem, przekleństwem.
Na koniec muzyka, bardzo
niepoprawna. Dzieci niech nie słuchajo.
Byliśmy kilka miesięcy temu na koncercie, jakiś przypadkowy
to był wybór, już nawet nie pamiętam jej imienia. Kobieta grajaca na
kontrabasie ze swoim bandem, w bardzo lubianym przeze mnie teatrze, w Darby. I
było to takie sobie, poprawne granie standardów, jakaś pańcia na gitarze,
niezły perkusista, jakiś starszy pan przy pianinie. I zupełnie niepozorna,
jakby oderwana od smarzenia śliwkowych powideł, wyjęta ze swojej nudnej pracy w
urzędzie, po pięćdziesiątce, nieatrakcyjna, ubrana jakoś na ciemno, w
okularach, taka co ją zawsze przeoczysz i nie zapamiętasz, grająca na
saksofonie, w kącik wciśnięta. Zaczęła grać i przysięgam to jej granie wbiło
mnie w sofę, zostawiło z nieprzełkniętym winem w ustach. Ona, ta niepozorna i
szara zaczarowała mnie zupełnie. Poruszyła mnie. A mnie trudno jest poruszyć,
ot Pan Wołodyjowki mnie rusza jak siebie i Ketlinga wysadza w powietrze i
muzyka. Taka przez duże M. I nie musi być idealnie, (teraz proszę się udać do
filmiku z YT i włączyć od 12:40, słuchawki na uszy, nie jest idealnie ale
pięknie), dlalej notka się toczy z podkładem, bo jestem interaktywna,
multimedialna, jestem blogerem. Trele morele.
Jakkolwiek. Buszuję obecnie po świecie jazzu. W drodze do
pracy i z pracy przebieram w muzykach. Myślę kto by mi się nadał na perkusję,
kogo chcę na fortepian i wiem dokładnie kto będzie grac na tubie. Żyję tylko
tym co mi gra z głośników albo tym co sama zagram sobie, w tych szczęśliwych
momentach kiedy mam czas usiąść do kontrabasu. Dlatego pewnie czuję się pełna
życia tak rzadko. Wszystko składa się z chwil wydzieranych i wyszarpywanych od
kości. Pracuję po 10 godzin dziennie, zarabiam. I nie robię tego z poczucia
obowiązku. Nowy smyczek, wysoka półka, mi sie wymarzył. I taki też będzie.
Kłóciłam się wczoraj trochę w Ianem w samochodzie, przed 22,
w drodze do domu. Wydzieraliśmy sobie czas, którego nam brakuje. I usłyszałam,
że za dwa, trzy lata nie będzie mnie w domu na codzień, nie będę wyjadać
truskawek z krzaka przez lato. Nie będę robić prania ani risotto. Nie będę
zgrzytać kluczem w zamku około 19. Bo będe muzykiem. Będę grać koncerty. I on
jest o tym głęboko przekonany, że od kiedy zaczęłam, on z tą myślą się godzi.
Ta myśl już między nami pokutuje. Troche nas ziębi od środka, a trochę grzeje.
Może i kłóciłam się wczoraj trochę z Ianem, ale wiem, że on
głęboko we mnie wierzy, najprawdopodobniej wierzy tak, jak nie wierzy we mnie
nikt inny. Nawet ja sama nie. Ale miło jest kiedy ktoś widzi twoją przyszłość
jaśniej niż ty potrafisz ją widzieć.
Swoją drogą, mówiąc już o ludziach, których nie odnajdziesz
w tłumie, ja jestem takim człowiekiem. I nie przeszkadza mi to jakoś
szczególnie. Ten wywód zmierza jednak do pewnego podsumowania. Czasami, nie
często, bardziej od święta, jak gram różne swoje bzdury i coś mi wychodzi,
wychodzi powyżej przeciętnej i powyżej moich możliwości (nie krzywcie się,
każdemu się czasami przytrafia coś ekstra od losu), to czuję się wyjątkowa i
piękna. Nie skurczora i niewidzialna jak zawsze. Czuję, że jestem, że moje
istnienie odciska się.
Dobrze mi się dzisiaj pisze, ale wiem, że będzi mi się grało
jeszcze lepiej. Dlatego dobranoc i uszanowanie do rączek składam.
Nie wiem co kręci ani co podnieca innych ludzi. Ale dla mnie
to muzyka. To jazz na żywo. Koncert Avishai Cohena, był Wydarzeniem. Zagrany z
nowojorską dywizją, ale jak dla mnie mogłoby być to tylko Trio, złożone z
Avishai na kontrabasie, Nitai Hershovitsa na fortepianie i Daniela Dora na
perkusji. Pozostali trzej muzycy, którym nie można odmówić talentu, byli jednak
tylko w momentach dla nich przewidzianych, z nutami przed nosem, nie brali udział
w tym szaleństwie i zbiorowej ekscytacji, której ulegało Trio i cała widownia.
Kiedy nie wiedziałam nic o muzyce myślałam, że jazz to
czysta magia, to porozumienie dusz między muzykami, bo jakże by inaczej, z tej
zupełnej dźwiękowej rozpierduchy, po solo na fortepianie i po zupełnie od czapy
solo na perkusji, oni nagle wracją do głównego tematu utworu. Przecież to musi
być magia. A teraz widzę smaczki, prawdziwy talent i wielką muzyczną klasę. Tam
się liczy hi-hat, tam jest dokladnie wystukany rytm 13/8. To wszystko wygląda
jakby do nikąd nie zmierzalo, ale to wszystko siedzi na rytmie, jest wykalkulowane
i wyliczone. To ogromna uwaga z jaką muzycy siebie słuchają i rozumieją
kierunek w którym razem płyną, choć przysięgam huragan szaleje i masz ochotę
obgryzać paznokcie, wejdą do portu czy nie. Czy się wszyscy w drobny mak
roztrzaskamy na skałach.
Avishai niezaprzeczalnie jest jednym z moich Bogów
Kontrabasu, ale czerpie on pełnymi garściami z bycia otoczonym świetnymi
młodymi muzykami. Szczególnie Daniel Dor skradł moje serce. Królestwo za tak
genialnego pałkarza.
A ja zostałam oficjalnie w 1/8 kontrabasistą, w sobotę
przyszedł dyplom i papiery. Apetyt przez to mi wzrósł, odebrałam z poczty nowe
książki i wysiaduję granie nowych gam na stołeczku. W listopadzie podchodzę do
drugiej części. Roger twierdzi, że do piątego poziomu nie powinnam napotkać,
żadnych trudności. Później będę musiała zdać egzamin teoretyczny. I że zdam. Nie
ukrywam, przybyło mi nieco pewności siebie. I dobrze, przyda mi się.
Rano wymagały nastrojenia, jak to nowe struny, ale w
porównaniu do starych i całej zabawy jaka przy tym się odbywała, te są po
prostu cudowne. Czysty dźwięk albo się trafiło we właściwą nutę albo nie, bez
domysłów czy to już, prawie już i czy ujdzie.
Od rana też wygrywam sobie z wielkim zaangażowaniem w sprawę,
Taniec Łabędzi z Jeziora Łabędzi Czajkowskiego i strasznie mi się to podoba, i
nie ma tego na żadnym egzaminie, i to jest piękne. Gdyby Czajkowski dalej
komponował i nagrywał to kupiłabym Jego nowy album, po prostu.
Pozostając przy temacie płyt, nagrań i albumów, nabyłam
ostatnio The Art of Balkan Bass Nanada
Vasilica, bardzo ale to bardzo ciekawa rzecz. A im dluzej wyszukuję
nazwisko Vasilic na yt, tym bardziej się utwierdzam w przekonaniu, że jeszcze
jakiś nowy, smaczny album zmieści mi się w samochodze. A jak trzeba będzie to
sobie kupię większy samochód, no trudno. Spłonę w piekle, w tym nowym jarze
piekielnym, dla ludzi którzy popełniali grzech nieumiarkowania w zakupie nowych
płyt na ebayu. Albym Just Fly. Bardzo
ładna nazwa, spodziewam się po tym wiele.
Tak samo jak wiele spodziewam się po nadciągającym koncercie
Avishai Cohena w Londynie. Tylko ten Londyn, którego nie znoszę, bo mam świra
(nie stwierdzono, ale nikt nie szukał) i nie cierpię ogromnych skupisk
ludzkich. Bo ja jestem wieśniakiem. Lubię to co znam, lubię jeść rosół i czytać
te same książki, bo wiem że będą dobre. Ale Avishai jest dla mnie jednym z
Bogów kontrabasu (ja taka bardziej politeistyczna jestem z wyznania), więc
skłonna jestem do poświęceń. Kiedy myślę o tym jakim kontrabasistą chciałabym
być kiedy dorosnę, to właśnie takim. Ogromna charyzma.
Pisałam tu kiedyś o moim marzeniu, głupim i naiwnym. Nie
całkiem serio, ale no kto mi zabroni; chciałabym mieć smyczek z włosia
jednorożca. Wczoraj mój ukochany (zdecydowanie najukochańszy nawet) milczał uparcie wieczór cały, przeglądał coś w tym swoim laptopie zawzięcie, myślę
sobie że pewnie coś knuje, bo mordkę ma taką skupioną jakby polował
na coś w tych cybernetycznych odmętach. Co robisz –mówię mu w inglisz- co
robisz, ty tam zza stołu. A on mi na to, że nigdy nie uwierzę, ale on właśnie
szuka dla mnie, dla mnie (!) smyczka z włosia jednorożca. Wariat myślę sobie,
jak w mordę strzelił, smyczek z włosia jednorożca wcale nie istnieje,
jednorożce wcale nie istnieją, ale mi pomarzyć wolno zawsze. A on, że nie ma, w
całym internecie nie ma, ale on dla mnie zbuduje jeden, z nielegalnego
brazylijskiego drewna. Uwielbiam takie rozbójnicze wyznania miłości.
Może być i tak, że nigdy nie zostanę kontrabasistą.
Kiedy studiowałam swoją chemię na bydgoskim UTP, miałam na
roku taką Kingę. Kinga nie powiem, śmiertelnie mnie bawiła, rozbawieniem trochę
podłym, a trochę współczującym. Kinga była na swój sposób genialna, całą wiedzę
z książek i wykładów miała w małym palcu, na pisemnych egzaminach zawsze
dostawała piątki z góry na dół. Ale jak już przychodziło do zajęć w
laboratorium i Kinga musia coś skrysyalizować, przesączyć, czy zsyntezować,
trzęsły jej się ręce, wszystko jej się mieszało, a raz nawet, przy naszej
okrutnej uciesze, podpaliła laboratorium.
I ja byłam dziś jak Kinga, która podpaliła pewnego razu
laboratorium. Nie mam w sobie żadnej pewności siebie, niczego co by sprawiło,
że kiedyś wyjdę na malutką scenę i zagram, tak jak mi się czasami przytrafia
kiedy jestem sama i cały dom śpi jeszcze w niedzielę rano.
Teraz wiem, że Kindze po prostu bardzo zależało. Mi też
zależało, ale swoje utwory spieprzyłam dokumentnie. Miałam koszmarnie słabe
momenty, a przecież to nie było trudne. To nie było nic ponad moje siły a
przerosło mnie zupełnie. Najlepiej poszło mi i to jest zupełna tragikomedia
(szaleńczy śmiech przez łzy) śpiewanie.
Moja Mama przez telefon powiedziała mi: wiesz muzykiem w tym
wieku już raczej nie zostaniesz. A ja do diabła jakoś nie trafiłam wcześniej na
ścieżkę zostania muzykiem. I nie stanę się już nigdy młodsza, żeby wrócić do
wieku lat dziewięciu.
Jestem złamana. Ciągle mi się wydawało, ze to z całym
światem trzeba walczyć, trąbić i rozpychać się łokciami a dziś zostałam
pokonana przez samą siebie.
Jadą do mnie nowe, wypasione struny Evah Pirazzi, na które
nie zasłużyłam sobie. I może kiedyś jak już się zupełnie zestarzeję i do końca
zwariuję zagram koncert zupełnie kameralny, w śrosku lasu, w moim domku na
kurzej stopie, na cztery strony świata. I echo gdzieś to poniesie, jak
brzeczenie muchy. I każdy to przeoczy. Ale możliwe, że ja wtedy będę
szczęśliwa.
Dziś, jestem najprawdziwszym kłębkiem nerwów, trzęsą mi się
ręce i to nie od nadwyżki białego wina wytrąbionego wczoraj na koncercie.
Wiem, że mogę zdać ten egzamin fenomenalnie, słyszałam jak
gram z akompaniamentem, bo zostało to podstępnie nagrane na mojej próbie w
czwartek. Jest to tak ładne, że nie brzmi jak ja.
Wyczyściłam wczoraj kontrabas, żeby nie był taki uświniony
kalafonią, wyczyściłam też struny i teraz myślę, że to był błąd, bo ja lepiej
gram na uświnionych strunach.
Nie umiem zmierzyć się z własnymi ambicjami, które mnie
przerastają i dołują. Wiem, że jestem dobra w tym co robię na obecnym poziomie
i jedym czynnikiem, który może mnie pozbawić najwyższej noty są moje nerwy.
Przecież nie mogę tak wyjść przestraszona, z paniką w oczach, bo to nie wygląda pewnie,
to nie wygląda profesjonalnie. A ja mam być profesjonalna, mam pyć pewna, dolne
G ma sprawiać, że ściany będą drżeć, a nie smętnie pobrzękiwać.
A jak już będzie po, otworzę butelkę najprawdziwszego
radzieckiego szampana zakupionego w Polsce na tę okazję właśnie. Jak nie
zwariuję do szczętu i do końca zanim do tego dojdzie, co przy aktualnym stanie
rzeczy, jest jak najbardziej możliwe.
Śnią mi się koszmary o kontrabasie. A to, że gram koncert w
jakimś wielkim mieście, wysiadam z pociągu/samolotu i nie mam pokrowca, targam
kontrabas na własnych rękach. Albo: wchodzę na egamin, nie odzywam się słowem,
egzaminator nie odzywa się słowem, gram swoje trzy utwory i wychodzę nie
czekając na ciąg dalszy. A już za drzwiamy myślę sobie, że to przecież za mało
żeby zdać.
W normalnym życiu w nadgarstku mi klinęło, przeskoczyło i
nie chce wrócić na swoje miejsce. Ale to dlatego, że wyczyniam jakieś dziwne
figury i nigdy nie przykładałam szczególnej do tego, że mój nadgarstek jest
wyprostowany czy nie. Do tej pory bywał, ale głównie nie był. Człowiek, nagle
musi się stać taki wielozadaniowy w obliczu instrumentu. Próbuję, kiedyś mi się
uda.
Moje struny wymagają wymiany, straciły całą urodę swojego
brzmienia i dźwięk jest tak smutno płaski. Nie chcę ich zmieniać przed
egzaminem, bo jeszcze nie zdążę się przyzwyczaić. Niecny plan był taki, aby w
nagrodę za najwyższą notę na egzaminie sprawić sobie hybrydowe Evah Pirazzi.
Teraz plan jest taki, żeby niezależnie od wyniku sprawić sobie hybrydowe Evah
Pirazzi, zaraz po czerwcowej wypłacie.
Za kilka dni jadę na wakacje i niestety nie mam jak zabrać
Howarda ze sobą. Myślałam aby wziąć substytut w postaci gitary basowej, ale
wydaje się być to bardziej bez sensu niż sensowne dlatego rezygnuję. Wezmę
tylko nuty i płyty ze śpiewaniem i klaskaniem. Będę strzelać solowe koncerty na
drodze Anglia-Karpacz. Tak mi się już chce odpocząć od pracy i dorosłego życia,
że nie mogę się doczekać. Gdyby tylko człowiek nie musiał się sam pakować.
W ubiegłym tygodniu
pożegnałam mojego Dziadka, który przez moje całe dzieciństwo przygrywał skoczne
piosenki na harmonijce ustnej, ulegając prośbom swoich najmłodszych wnucząt,
żeby zagrał jeszcze. Jego taboret w kuchni, będzie zawsze już stał pusty, ale
przecież nie... Jego niesamowite poczucie humoru przecież nie zniknie tak
zupełnie, przekazane zostało w genach Jego dzieciom, wnukom i prawnukom. Lubię
myśleć, że człowiek nie znika tak zupełnie jak znikają jego skóra, organy i
kości. Przecież jest. Zabiera nas rano na wycieczkę rowerową nad wodospad,
który jest taki ogromny w tych naszych kilkuletnich oczach. A w drodzę
powrotnej znajduję największego na świecie prawdziwka. Ja, najmłodsza wnuczka,
proszę państwa. A przy Wigilii, a może po koniaczku, opowie znowu jak go
zesłano na roboty w Austrii, a tam córka gospodarza przynosiła mu gruszki i
orzechy w fartuszku. Człowiek to nie tylko kości. To cała historia która po nim
pozostaje, wszystko czego nas nauczył, nawet jeśli nie cytował przy tym
Aleksandra Wielkiego w oryginale. Był tak dobrym, mądrym i szalenie dowcipnym
człowiekiem.
Wierzę, że teraz wygrzewa się w słońcu po swojej długiej, dobrej
a czasami trudnej podróży. Już go nic nie łamie w kościach, nie oddycha mu się z
trudem. Już tak sobie zostanie pod starą jabłonią, oblepioną małymi
papierówkami. W dali będzie, jak co lato stukał dzięcioł i będą brzęczały
pszczoły buszujące w kwiatach truskawek. Tak właśnie, i nie inaczej.
Po okresie, irytującym, rozbijania się o mur, zaczęłam
czytać nuty. Usiadłam dzisiaj rano do utworów, których nigdy wcześniej na oczy
nie widziałam, z listy na egzamin na drugim poziomie i zaczęłam grać. Samo
przyszło, bez siedzenia nad nimi i główkowania gdyząc ołowek, czy to będzie
palec środkowy czy mały. Pozycja
pierwsza czy w pozycji 1/2. Samo przyszło, jak przestałam się bardzo z tego
powodu denerwować.
Później przegrałam swoje utwory na egzamin, tym razem z
akompaniamentem. Mój domowy pianista jest koszmarny i ciągnie mnie w dół, bez
wątpienia. Całe szczęście, że w dniu egzaminu mogę poprosić o profesjonalistę.
A teraz, mniej więcej, osłuchuję się z tłem, co mi dobrze robi na pewność
siebie. Nie czekają na mnie żadne pułapki w podkładzie, to nie będzie żaden
duet. To ja będę grać pierwsze skrzypce, chociaż to kontrabas.
Jedynym źródłem mojej niepewności jest część, w której muszę
zaśpiewać echo zagranych przez mojego egzaminatora dźwieków. Dlatego od jutra z
odtwarzacza w samochodzie wyciągam wszystkie jazzowe, niesamowite płyty i
zaczynam słuchać i śpiewać. Co, tylko w nadchodzącym tygodniu, oznacza co najmniej
13 godzin praktyki.
Wzbogaciłam ostatnio bibliotekę nutową o wydawnictwo
niemieckie: Kontra-Spass Regnera. Bardzo ładne wydanie, z szalenie uroczymi utworami
w środku. Gdyby ktoś miał okazję, szczerze polecam.
Dziś mogę pisać, bo granie jest do luftu. Od wczoraj. Szkoda
opowiadać o tym jak przestałam numerować numerami palców nuty i już nic mi się
w związku z tym w głowie nie mieści.
Dlatego przeglądam ebaja, wzrasta mi popyt na różne rzeczy,
stan konta mam śmieszny, bo na koniec miesiaca zdechł mi akumulator w
samochodzie i odpalać muszę podłączona do kontaktu. Wiem, że najpierw się
podłącza czarny przewód, a później czerwony, czyli, że kobieta renesansu ze
mnie i nawet maskę w samochodzie otworzyć potrafię, i kabelki podłączyć, i
wszystko.
Gapię się w Internet na płytę Stańko Suspended Night i narzekam,
że za drogo. Na co mój chłopak rzuca, że mogę przecież MP3. A ja mu na to, z
wyżyn tego, że za trzysta lat zostanę sławnym kontrabasistą jazzowym odpowiadam,
że ja wolałabym, żeby ludzie kupowali moje płyty zamiast je sobie pożyczać z
Internetu na Wieczne NieOddanie. I, że teraz raz w życiu mnie stać (a to dobre,
no naprawdę) i dlatego kupuję płyty, bo jestem ekscentryczna i starej daty, i
pliki w komputerze mnie nie interesują, nie podniecają i nie wpisują się w
konwencję.
Na co usłyszałam, że pewnego dnia zginę w wypadku, jak będę tak
przeglądać te swoje tysiąc płyt w samochodzie, szukając tej właściwej.
Otworzyłam pewnego dnia książkę Kontrabas Jazzowy, Jacka
Niedziela-Meira i przeczytałam o ćwiczeniu przez 6 i pół godziny dziennie. Czuję
się przez to jeszcze bardziej opóźniona, bo nie dysponuję takimi zasobami
czasu. Czy ktoś w ogóle dysponuje?
Kiedy już przykleję się do kontrabasu i mam doby dzień, to
ciężko mnie odkleić. Ale jest to maksymalnie 1,5 godziny, bo życie i obowiązki
mnie wzywają, bo brudne ubrania spacerują same po pokoju, bo talerze gniją w
zmywarce, bo pieniądze co miesiąc same mi nie wskakują na konto.
Miewam wyrzuty sumienia, cholerne. Jakbym była na diecie i
właśnie pożarła całą tabliczkę czekolady. Mam wyrzuty sumienia, że nie zaczynam
ćwiczeń od strojenia instrumentu (bo szkoda mi czasu, o zgrozo!) i nie robię
wielu, wielu innych rzeczy, które powinnam, ale szkoda mi czasu (gdybyście mnie
poznali, to byście wiedzieli, że mi zawsze szkoda czasu i zawsze się śpieszę).
W tygodniu wiecznie noc mnie goni i jeśli mam wybierać pomiędzy graniem czegoś
co mi się niesamowicie podoba, a czegoś co jest po prostu nudne, to pewnie, że
wybiorę to pierwsze. Taka natura.
Pointa jest taka, że nie wiem jak ćwiczyć. Jak wcisnąć w ramy
czasu wszystko to co robię z przyjemnością i wszystko to, co powinnam.
Na koniec moja, całkiem spora, miłość muzyczna. The Tiger
Lillies. Bardzo możliwe, że w ubiegłym roku, na ich koncercie w Oxfordzie
zdecydowałam, że kontrabas będzie moim instrumentem. A linia basu do Beat
Me była pierwszą, której się nauczyłam.
Człowiek całe życie się uczy. A przynajmniej powinien, jak
twierdzili starożytni.
W tym tygodniu przyszedł pan listonosz i mi dostarczył nowe
książki, w tym jedną, o której Roger mówił od tygodni, w samych pozytywach.
Building Walking Bass Lines, autorstwa Eda Friedlanda.
Wczoraj otworzyły się przede mna drzwi do świata tworzenia linni
basowych. A później zamknęły się z trzaskiem i ktoś zaryglował od wewnątrz
wszystkie zamki. Mój umysł nie potrafił za nic w świecie pojąć, że pod
tajemniczym Gmaj7 kryje się dźwięk G na otwartej strunie. No co innego zapis
nutowy, a co innego literki i cyferki, które nie miały dla mnie żadnego
znaczenia.
Dziś od rana wysiaduję moje minutogodziny na stołeczku i
tworzę nowe połączenia nerwowe w moim mózgu, coś zaczyna mi świtać. A później
przychodzi mój chłopak, doskonały gitarzysta, ale to przecież nie to samo,
podkrada Mój Kontrabas(!) i zaczyna grać. Ot tak sobie, z marszu, to wszystko
nad czym ja się pocę i męczę od dwóch dni.
Ale nadajdzie kiedyś moment (i powtarzam sobie to od
miesięcy), kiedy nawet świetny gitarzysta, nie będzie w stanie zagrać tego co
ja grać będę. No, żeby chociaż nie trak od razu, żeby kilka długich,
upokarzających minut to potrwało.
Dostałam dziś regularnego ataku paniki stojąc przy próbkach,
które miałam pobadać na zawartość amoniaku. Bo, w ramach wyjaśnienia, zawodowo
jestem, od poniedziałku do piątku, od godziny 9 do 17, chemikiem analitycznym.
Tak zarabiam na lekcje muzyki, książki i paliwo. Stałam przy tych próbkach i w
mojej głowie pojawiło się przekonanie, że na pewno czeka na mnie e-mail z datą
egzaminu. Przerwałam ważenie na dziesięciu gramach i pognałam do laptopa. A tam
nic i nic. Tylko we mnie już zakwitło przekonanie, że po pierwsze to na pewno
wyznaczą mi termin kiedy nie będę mogła się stawić, bo np. Avishai Cohen gra
wtedy w Londynie, a tego nie przegapię choćby mnie łamano kołem. A później
pomyślałam, że na pewno nie zdam. Po prostu. Albo nie zdam z wynikiem powyżej
przeciętnej. Raz w życiu mi zależy na czymś i to ma nie być przeciętne. To ma
być niesamowite. Jak się coś kocha to, to nie może być takie sobie.
Nigdy w życiu, do żadnego egzaminu nie przygotowywałam się
tyle co do tego, chociaż mam jeszcze minimum, miesiąc czasu. A ze stresem,
wyraźnie, sobie nie radzę, bo jak do tej pory nic mnie w życiu szczególnie nie
stresowało. Studia chemiczne jakoś mi minęły, bez szczególnego napięcia, bo
całe życie miałam przed sobą. Jak nie pierwszy, to drugi termin, albo nawet i
poprawka. Wstyd się przyznać, ale olewałam to koszmarnie. A teraz mam coś na
czym mi tak bardzo zależy. I chociaż mało tutaj piszę, bo zwyczajnie brakuje mi
czasu, to przysięgam, że albo coś tam grywam sobie siedząc na stołeczku przy
swoim kontrabasie, albo grzebię w ziemi w ogrodzie, albo zalepiam dziury w
ścianie w pokoju muzycznym. Ćwiczę niemal codziennie, lekcję z Rogrerem mam raz
w tygodniu, w soboty o 13.
Swoją drogą Roger jest strasznie podekscytowany moim
egzaminem (ale bez tego napięcia, które mi towarzyszy). I wychodzi z niego
chwilami Terence Fletcher z filmu Whiplash, tylko, że bez rzucania przedmiotami
i bycia dupkiem.
A ja jestem rozdygotana, jedna trzecia życia za mną, tu już
nie można stracić ani chwili, bo hej, może nigdy nie zagram w orkiestrze
(chociaż do diabła dlaczego niby nie?!), może nigdy nie będę częścią świetnego
jazzowego trio, ale chciałabym mieć umiejętności. Chciałabym, żeby nie przez
przypadek, tak jak wczoraj kiedy grałam Bassa Nove, w aranżacji Osbornea i
pomyliłam nuty, wyszło mi coś absolutnie pięknego i ekscytującego. Chciałabym
posiadać technikę, która sprawi, że moje granie będzie pełne przestrzeni,
będzie pełne oczekiwania na moment, w którym właściwie to już sama nie będę
wiedzieć czy otwiera się przede mną piekło czy niebo.
Wyciągnęłam z samochodu moją ukochaną płyte Cohena Continuo
i zamieniłam na Nick, Bartsch Ronin i płytę Holon. Dobrze mi robi, mam wrażenie
jakby każdy dźwięk został na tym albumie wyważony na wadze analitycznej do
jednej dziesiatej mikrograma. Ciekawe.
Spędziłam kilka długich dni bez kontrabasu, z powodu
wielkiego, remontowego bałaganu w domu. Byłam w tym czasie bardzo zajęta i
bardzo zmęczona. Ale tak jakoś było mi tęskno.
Nie jestem typem radosnym, jestem raczej typem ponurym, ale
kiedy zobaczyłam Howarda, na powrót, na jego stałym miejscu, śmiałam się i nie
mogłam przestać. A już najlepsze było to, że wcale nie było bardzo ciężko
wrócić mi do utworów, które grałam przed przerwą. Wszystko mi się podobało w
moim graniu tego dnia.
Remont jako taki, wszedł obecnie w fazę Pokoju Muzycznego.
Nie cieszy mnie fakt, że stałam się ekspertem od zdzierania starych tapet,
mieszania cementu, gruntowania ścian i tak dalej, ale jednak wizja
pomieszczenia przeznaczonego do grania, w którym można się zamknąć i nie
wchodzić nikomu w drogę jest szalenie kusząca.
Do tego pewnego wieczoru usłyszałam od mojego chłopaka te
szalenie romantyczne słowa, usłyszałam mianowicie: wiesz, chyba powinniśmy
kupić sobie perkusję.
Dziewiątego grudnia ubiegłego roku, wracałam z pracy
przekraczając prędkość okrutnie, wyprzedzając pozostałe pojazdy bezwstydnie, bo
wiedziałam, że już jest. Czeka na mnie, aż go wypakuję z ogromnego pudła. Mój
kontrabas. Howard.
Kilka tygodni wcześniej, wykorzystując fakt obecności gitary
basowej w domu, zaczęłam odkrywać jak to jest zagrać Stand by me, nie mając
żadnego pojęcia o muzyce, ale mając szeroki dostęp do filmików instruktażowych
z YT. Gitara basowa nie jest dla mnie.
Ta domowa, wyjątkowo nieporęczny model, nigdy mnie nie zachwyciła. W odróżnieniu
od Howarda. Nie miałam pojęcia jak przełożyć to czego się nauczyłam na basówce
na kontrabas, brak progów, różnice odległości między dźwiękami. Podczas tego
pierwszego spotkania pomyślałam sobie, że kontrabas nie jest prosty w obsłudze,
ale jakby z piętnaście razy lepszy.
Howard jest jednym z europejskich modeli Thomanna. Z
solidnego drewna, z płaskim tyłem i hebanową podstrunicą. Z tego do udało mi się
wyszperać na forach model 33 jest
produkowany w Rumunii, przez rumuńską firmę Hora.
Uważam, że na tym etapie, na którym teraz jestem nie mogłam
lepiej trafić. Mój nauczyciel Roger, podziela moje uczucia w takim stopniu, że
postanowił kupić sobie dokładnie taki sam. Też w kolorze blond. Chociaż ma już
dwa kontrabasy i cały dom innych instrumentów. Ale na miłość nie ma lekarstwa,
a Roger zakochał się w dolnym E.
Teraz noszę się z zamiarem kupienia porządnych, nowych
strun, choć tak naprawdę, jeszcze nie wiem czego szukam i muszę spędzić jakiś
czas na czytaniu, co będzie dobre dla kogoś kto używa smyczka i pizzicato w
takim samym stopniu.
A później, ale to już osobna historiia, postanowiłam zdobyć
smyczek zrobiony z włosia jednorożca. Bo muzyka, to magia, tak czy nie?
Wczorajszy koncert okazał się przerażającą klapą. A
zapowiadało się tak dobrze, prześliczny kontrabas na scenie, perkusja, dwa
saksofony. Tymczasem jako support dostaliśmy facecika, który przytargał na
scenę swojego laptopa i dziwaczne urządzenie, które aktywowane światełkami od
roweru, wysyłało sygnał do laptopa, który to laptop odtwarzał dziwaczną
mieszankę sampli. Strasznie głośno i okropnie bez sensu. Trwało to zdecydowanie
za długo, bo jakieś 40 minut.
W błoto.
Po tym bolesnym przeżyciu okazało się,
że najnowszy album Polar Bear został nagrany z tym właśnie facetem od sampli i
zamiast cudnej perkusji dostałam łomoczący bit z komputera, kontrabasista
zagrał jakiś temat i tak sobie stał, saksofonista dmuchnął raz w saksofon i
podparł ścianę. Po dwudziestuu minutach nie wytrzymałam, tupnęłam nogą, że albo
ten cholerny laptop albo ja i podreptałam na bardzo obrażonych nóżkach w
kierunku wyjścia.
Przegrałam dziś swoje utwory na egzamin i mnie nie
zachwyciły. Nie potrafię czytać nut, liczyć i zwracać uwagi na dynamikę utworu.
Zwykle udaje mi się połączyć dwa elementy, losowo. Wiem, że to przyjdzie z
czasem i z godzinami praktyki. Na dobitkę mojego nadszarpniętego wczoraj
poczucia estetyki, namiętnie nie trafiałam dziś w dźwięki. A na smyczek
nałożyłam Pops’a, którego nie lubię/ nie potrafię docenić właściwości.
Najbardziej, chwilowo, wielbię Thomastik Medium, dobrze
brzmi, ładnie i równo rozkłada się na smyczku i pachnie lasem bardziej niż inne
(nie wiem dlaczego ma to dla mnie znaczenie). Z kalafonią jest w ogóle
śmieszna/głupia sprawa. Nieustannie dokupuję nowe. Z taką prędkością, że nawet
nie mam okazji ich wypróbować.
Mój nauczyciel Roger, w
ramach przygotowań do egzaminu ABRSMa, przyniósł na lekcje swojego laptopa,
sprawnie kliknął na ikonkę i powiedział: a teraz musisz zaśpiewać to co
usłyszysz. No chyba kpisz. Ja nie śpiewam, chyba że w zaciszu własnego
samochodu, przy zamkniętych oknach, chyba że akurat pralka automatyczna wchodzi
w fazę wirowania, chyba, że burza z piorunami i koniec świata. W normalnych
okolicznościach nigdy i nigdy przy świadkach. A poza tym, jak będę chciała
śpiewać, to się zapiszę do klasy śpiewu. Roger popatrzył na mnie jakbym
odmłodniała nagle, o lat co najmniej dwadzieścia, popatrzył na mnie jak na
siedmiolatkę z warkoczykami, co sobie ostrzegająco tupie nóżką. Popatrzył na mnie wzrokiem: no jak sobie
chcesz i pozwolił zagrać to co usłyszę. Wypadło to słabo.
Będę musiała się przełamać. Wziąć siebie sposobem, podstępem
lub, o to podoba mi się najbardziej: przekupstwem!
Dziś po odegraniu tego co powinno zostać odegrane, oddaje
się przyjemności grania swingu. Nieudolnie, bo zaczęłam jakieś 7 godzin temu z
książki Tony’ego Osbourne Junior Jazz Book 1, ale za to bardzo ekscytująco. Ksiażka Osborne’a jest absolunie najlepsza w mojej kolekcji. Jeszcze
nie całkiem mój poziom, ale za to jaka przyjemność kiedy coś się udaje.
Takie ma właśnie być moje granie, ma mnie nieprzytomnie kręcić.
Pewnie, że trzeba odwalić całą
pańszczyznę z graniem skal i arpeggio. Pewnie mi się to przyda, kiedy wkroczę w
muzyczną dorosłość. Narazie będę sobie w rytm swingu ruszać stopą na kanapie.
Aż wejdę w rolę. I popłynę, popłynę!
Lubię banały i historie miłosne. Pod tym względem jestem
tandetna jak odpustowy pierścionej za dwa pięćdziesiąt.
Ale co ja mogę poradzić, ten blog ma być opisem historii
miłosnej, która mi się przytrafia, która dzieje się w moim życiu codziennie.
Codziennie też nie mogę się nadziwić tym splotom wydarzeń, które przyniosły mnie
w miejsce X i Y.
Gdyby nie mój chłopak, który kilka miesięcy temu, z okazji
świąt postanowił sprezentować mi kontrabas, ta historia nigdy nie miałaby
miejsca. Świat by się od tego nie zmienił. Ale mój świat nie miałby w sobie tej
pełni, którą ma teraz.
Bo ja, proszę Państwa, kiedy dorosnę, chcę być
kontrabasistą. Pewnie nie światowej klasy, bo za tymi światowej klasy jestem
jakieś 20 lat do tyłu. Ale takim, który potrafi grać i poruszać, nie tylko
struny instrumentu, ale też struny duszy. Od czasów wieży Babel, muzyka jest
jedynym wspólnym językiem całej ludzkości.
146 słów, tyle dziś zostawię jako wstęp. Dalej będzie pot i
łzy, i odciski. Wątpliwości, szczyty i doliny możliwości.